Moje wspomnienia

 Napisał: Nikodem Trojanowski

 

Część I

Od Lipiej Góry przez pierwszą wojnę światową, Powstanie Wielkopolskie,

wojnę polsko - bolszewicką, do wolnej Polski

 

„Moje wspomnienia" zacząłem pisać po ukończeniu 81. roku życia. Przebieg mojego życia w czasie i wydarzenia opisuję w wielkim skrócie i z obawą, czy potrafię należycie się wysłowić. W dzieciństwie wzrastałem w środowisku w większości niemieckim. Polskiego pisania i czytania uczyłem się sam przy pomocy jedynie matki z elementarza, śpiewnika i książeczki do nabożeństwa. Wspomnienia opisuję na podstawie notatek sporządzonych z wydarzeń, posiadanych dokumentów i dowodów oraz z pamięci sięgającej do lat dziecinnych. Urodziłem się 8 listopada 1898 r. w Lipiej Górze, gmina Szamocin, powiat Chodzież, województwo Piła. Ochrzczony zostałem 13 listopada tegoż roku w kościele parafialnym w Jaktorowie przez ks. prob. Jana Kurocha. Najmłodsze lata dziecinne przeżyłem beztrosko wśród piaszczystych pagórków małego lasu i nadnoteckich łąk z dala od ludzi. Do najbliższego osiedla było pół kilometra. Z wieku dziecięcego szczególnie utkwiło mi w pamięci moje zagubienie. Bawiąc się pewnego razu samotnie w piasku w dość górzystym terenie i dosyć daleko od domu doszedłem do odległej o 3 km wioski Jaktorowo. Po przybyciu do tej miejscowości obstąpiła mnie gromadka dzieci. Pewna starsza pani widząc moją bezradność zabrała mnie ze sobą. Nie wiedziałem jak się nazywam i ciągle powtarzałem Nikuś, bo tak mnie nazywano w domu. Po długim poszukiwaniu i dopiero na drugi dzień rodzice dowiedzieli się, że do Jaktorowa przybłąkał się jakiś chłopiec. Gdy babcia przyszła po mnie, obopólna radość była wielka. W kwietniu 1905 r. zacząłem uczęszczać do szkoły ludowej - tak mówiono na Szkołę Powszechną w Sokolcu, położoną niedaleko Lipiej Góry. Rok szkolny rozpoczynał się wtedy w kwietniu. Szkoła było czteroklasowa. Uczył w niej jeden nauczyciel. Do szkoły miałem 2 km. W klasach początkowych posługiwano się tablicami zamiast zeszytów. Było to dość praktyczne, bo gdy pisana litera się nie udała, łatwo ją wycierano i w razie potrzeby powtarzano do skutku. Tablica miała też wady - łatwo się łamała. Szczególnie, gdy chłopcy gonili się w drodze powrotnej po skończonych lekcjach. Przybory szkolne noszono w torbach własnego wyrobu. Chłopcy nosili torby na plecach, albo u boku przewieszone przez ramię, a dziewczynki w rękach. Torby dla początkujących rodzice szyli sami z jakiegoś zbędnego materiału. Torba dziewczynek odróżniała się, gdyż była wyszywana w różne wzory kwiatów, ptaków czy zwierząt. Prawie każda dziewczynka miała dużą ambicję mieć najładniejszy tornister i stąd troska szczególna o jego wygląd. W szkole, do której zacząłem uczęszczać była jedna duża izba z czterema wielkimi oknami i parą drzwi, jedne dla uczniów i osobne dla nauczyciela. Izba szkolna była wyposażona w masywne ławki wraz ze stolikiem, w którym umieszczano szklane naczynie do atramentu. Pomoce naukowe stanowiła wielka stojąca tablica, liczydło, mapa ścienna, katedra, a na niej tradycyjna trzcinka długości około 80 cm, którą posługiwano się przy wymierzaniu kary cielesnej za niedociągnięcia w nauce lub za niewłaściwe zachowanie. Początkująca klasa była czwartą, następnie trzecia aż do ukończenia pierwszej. Większość dzieci była narodowości niemieckiej, wyznania ewangelickiego. Dzieci wyznania luterańskiego miały własną szkołę z nauczycielem tego wyznania. My Polacy stanowiliśmy zaledwie 10%, wszyscy wyznania katolickiego. Na początku i na końcu zajęć odmawiana była modlitwa ewangelicka. Polacy stali w tym czasie w należytej postawie i w milczeniu. Do nas przyjeżdżał raz w tygodniu z sąsiedniej wsi Lipy niemiecki nauczyciel, wyznania katolickiego i udzielał nam lekcji religii również w języku niemieckim. Jeszcze w drugiej połowie XIX wieku pod zaborem pruskim uczono religii w języku polskim w tych szkołach, gdzie większość stanowili Polacy. Z każdym rokiem rugowano jednak coraz bardziej język polski zastępując go niemieckim. Rosły z tego również trudności w katechizacji dzieci do I Komunii św. Wnioski rodziców, memoriały władz kościelnych, prośba do cesarza w 1901 r., interpelacje posłów polskich w sejmie pruskim nie odniosły skutku. Społeczeństwo polskie zaniepokojone rosnącą falą germanizacji, widziało poważne zagrożenie dla języka ojczystego, a to co się działo mogło być przygrywką do wprowadzenia języka niemieckiego również do liturgii kościelnej. Postawa dzieci polskich z Wrześni w maju 1901 r. protestujących przeciwko dalszemu narzucaniu niemczyzny w szkołach była pełna podziwu. Kara chłosty nakładana na te dzieci wywołała burze protestów rodziców na zebraniach, a w prasie swój wyraz sprzeciwu dali Henryk Sienkiewicz, a szczególnie Maria Konopnicka w pięknym i bardzo wymownym wierszu „O Wrześni", który dobrze pamiętam do dziś i pragnęło w tym miejscu wspomnień umieścić:

^ w górę ^

Tam od Gniezna i od Warty

Biją głosy w świat otwarty,

Biją głosy, ziemia jęczy:

Prusak dzieci polskie męczy!

Za ten pacierz w własnej mowie,

Co ją dali nam ojcowie,

Co go nas uczyły matki,

Prusak męczy polskie dziatki!

Wstał na gnieździe Orzeł Biały,

Pióra mu się w blask rozwiały

Gdzieś do Boga skarga leci...

Prusak męczy polskie dzieci!

Zbudziły się prochy Piasta,

Wstał król, berło mu urasta,

Skroń w koronie jasnej świeci,

Prusak męczy polskie dzieci!3

Arcybiskup Florian Stablewski (1841-1906, arcybiskup gnieźnieńsko - poznański od 1891 r., w sejmie pruskim występował w obronie praw polskiego języka, od 1892 r. inicjator tworzenia chrześcijańskich organizacji robotniczych w Poznaniu, Bydgoszczy, Inowrocławiu i Gnieźnie) wydał list pasterski apelując do duchowieństwa i rodziców o jeszcze większą staranność wychowywania dzieci w duchu narodowym. Po tym apelu liczba strajkujących dzieci stale wzrastała i swój punkt szczytowy osiągnęła w listopadzie. Właśnie z lat nauki najlepiej pozostał mi w pamięci strajk szkolny polskich dzieci, który trwał od listopada 1906 r. do czerwca. W listopadzie 1906 r. przystąpiły również do strajku polskie dzieci ze szkoły w Sokolcu, do której nadal uczęszczałem. Protest polegał na tym, że uczniowie na lekcji religii nie odpowiadali po niemiecku jak żądał nauczyciel, tylko powstawszy - milczały. Strajkującym dzieciom za najmniejsze przewinienie wymierzano karę - kilka uderzeń trzciną na rękę. Wobec chłopców stosowano również inną metodę. Chłopiec musiał położyć się przez ławę i wymierzano mu kilka uderzeń na zadek, co było bolesne. Chłopiec, gdy przeczuwał, że będzie karany, to już przed pójściem do szkoły zakładał dwie pary spodni, albo umieszczał jeszcze ręcznik, co miało złagodzić ból. Następną karą był długi areszt, podczas którego przez kilka godzin tygodniowo trzeba się było uczyć na pamięć zadanego fragmentu lub przepisywać kilkadziesiąt razy jakieś zdanie, oczywiście w języku niemieckim. Nieprzybycie na areszt lub spóźnienie uważano za wielkie przestępstwo, za które na rodziców nakładano wysokie kary pieniężne. Gdy z jednej rodziny strajkowało kilka dzieci, to rodzice nie byli w stanie nałożonej kary uiścić. Strajkującym dzieciom o pół roku przedłużano naukę szkolną, a na końcowym świadectwie umieszczano adnotację o udziale w strajku. Taka notatka uniemożliwiała przyjęcie do szkoły wyższej lub uzyskanie pracy państwowej. Pod ciężarem tych represji liczba strajkujących malała, tak że do końca wytrwałem jedynie z bratem i kilkorgiem dzieci z trzech lub czterech rodzin. Posiadam zaświadczenie, że brałem udział w strajku od listopada 1906 r. do czerwca 1907 r., a więc do końca jego trwania. Od 1908 r. zacząłem uczęszczać do nowej szkoły w Lipiej Górze. Stanowił ją budynek piętrowy bardzo obszerny o czterech izbach lekcyjnych. Szkoła była pięcioklasowa z obsadą trzech nauczycieli. Początkująca klasa była piąta. Od piątej do trzeciej chodziło się po roku, a w drugiej i pierwszej po dwa lata tj. a i b. W klasie a i b uczył jeden nauczyciel. Gdy uczeń przeszedł całą taką edukację równało się to siedmiu klasom. W nowej szkole była jeszcze większa przewaga ewangelików niemieckich niż w poprzedniej. Istniała też szkoła luterańska oraz kaplica luterańska. Nad wioską Lipia Góra dominował kościół ewangelicki z wieżą. Od dziesiątego roku życia dzieci miały obowiązek uczęszczać przez dwa lata na katechizację w ramach, której odbywała się nauka przygotowawcza do I Komunii św. Zajęcia odbywały się w języku polskim przy kościele parafialnym w Jaktorowie. Matka obawiając się słabej znajomości języka polskiego z mojej strony oraz również ze względu na mój słaby stan fizyczny posłała mnie na katechizację dopiero w dwunastym roku życia. Obawy mojej matki okazały się niesłuszne, bo w nauce byłem zawsze na bieżąco, nawet znalazłem się w czołówce uczniów. Pewną udręką było dla mnie zdążyć na katechizację, która rozpoczynała się o godz. 11:00. Równocześnie odbywały się lekcje w szkole i musiałem każdorazowo prosić o zwolnienie. Chociaż przerwa była o 10:00, to musiałem pozostać do początku następnej lekcji i dopiero po kilku minutach podnieść rękę i prosić o zwolnienie. Katechizacja odbywała się raz w tygodniu. Do Jaktorowa miałem 3 km drogi. Byłem jedynym Polakiem w klasie pierwszej tj. najwyższej. W niższych klasach było więcej polskich dzieci. Gdy uczęszczałem do szkoły w Sokolcu czułem się swobodniej, gdyż tam było więcej polskich dzieci i Niemców katolików. W Lipiej Górze bardzo czuło się niemieckość. W lipcu 1912 r. mając prawie 14 lat zostałem przyjęty do I Komunii św. po starannym przygotowaniu, mając dostateczną wiedzę z podstawowych prawd wiary, bo w tym czasie kładziono wielki nacisk, aby dziecko było gruntownie przygotowane do tego sakramentu. Jeżeli dziecko nie było wystarczająco obeznane z treścią katechizmu, to musiało uczęszczać następny rok na naukę w tym samym kierunku. Większość rodziców pilnowała tego obowiązku i sami starali się, aby ich dzieci były religijnie wychowane. Miało to też swoją narodową rangę, bo mówiono, że każdy dobry katolik jest dobrym Polakiem, a prawdziwy Polak jest dobrym katolikiem, mieściła się w tym istotna kwestia natury narodowej. Warto nadmienić, że za moich czasów nie urządzano z okazji I Komunii św. tak wielkich przyjęć jak dzisiaj. Proszono znacznie mniej gości. Dziecko otrzymywało znacznie mniej upominków. Jeżeli wówczas ofiarowano książkę, śpiewnik, obrazek lub medalik, to jestem całkiem pewny, że miało ono wielką radość i było szczęśliwe. Wracając pamięcią muszę się znów przyznać, że zabłądziłem po raz drugi. Miałem wówczas prawie 12 lat, a było to na Zielone Świątki 1910 r. Siostra moja Rozalia przebywała w tym czasie w Poznaniu w jakimś zakładzie z internatem ucząc się krawiectwa. Brat Roman, trzy lata starszy ode mnie odwiedził siostrę i miał późnym wieczorem, ostatnim pociągiem, wrócić do domu. Ja bez wiedzy rodziców udałem się wieczorem pieszo na stację kolejową do Szamocina (Szamocin, miasto w woj. pilskim na skraju Pradoliny Noteci, prawa miejskie otrzymało w 1748 r., życie gospodarcze związane z rolnictwem) , miejscowości położonej w odległości 9 km od domu. Brat nie przyjechał, a ja zmartwiony i trochę ze strachem szedłem powoli z powrotem. Wieczór był pogodny i ciepły. Było to w maju. Idąc chodnikiem podziwiałem oświetlenie, wystawowe okna, wielkie domy, spacerujących ludzi i wtedy zauważyłem, że to nie te domy, nie te drzewa, jak wówczas, gdy wchodziłem do miasta. Ludzi było coraz mniej, bo zrobiło się późno. Prawie z płaczem zapytałem stojące jeszcze przed domem osoby, czy tą drogą dojdę do Lipiej Góry. W tym odezwała się jakaś starsza pani pytając jak się nazywam i dokąd chcę teraz nocą wrócić. Kiedy jej wszystko opowiedziałem, zdecydowała że nocą nie mogę tak daleko iść, że pójdę rano. Przenocowałem u tej litościwej pani. Następnego dnia tj. w drugi dzień Zielonych Świąt ta pani wskazała mi drogę powrotną do domu. Ja tymczasem chodziłem sobie swobodnie po mieście i oglądałem wystawowe okna. W pewnej chwili usłyszałem jak ktoś po imieniu mnie woła i po polsku tak mnie wita: A ty smarkaczu tyle zmartwienia sprawiłeś rodzicom i przygroził mi palcem. Po chwili już siedziałem na wozie i wracałem do Lipiej Góry. Matka najbardziej była zmartwiona moim zaginięciem i szukała pomocy w modlitwie przy zapalonej świecy, okno było uchylone, wiatr wywrócił świecę i firana się spaliła. Kiedy wróciłem do domu, to ojciec w tym czasie był w kościele, a jak przyszedł to musiałem wszystko szczegółowo opowiedzieć, potem wymierzył mi karę, na którą całkowicie zasłużyłem, ale była dość łagodna. Mając już ukończone wszystkie klasy po siedmiu latach uczęszczania do szkoły musiałem jeszcze pół roku chodzić na zajęcia za udział w strajku. Po ukończeniu szkoły pomagałem rodzicom, którzy prowadzili małe gospodarstwo rolne, a ojciec dodatkowo trudnił się wyrobem koszyków i pantofli z drewna (w tym czasie były bardzo rozpowszechnione) oraz produkował inne pożyteczne narzędzia do gospodarstwa domowego. W Lipiej Górze istniała też szkoła wieczorowa dla młodzieży męskiej o kierunku rolniczym, ale funkcjonowała tylko w miesiącach zimowych. Uczęszczałem do niej przez jedną zimę. Pragnę dodać, że w zaborze pruskim szkoły były wyznaniowe, tj. katolickie i ewangelickie o zbliżonym poziomie nauczania. Różnica polegała na tym, że tam gdzie była dostateczna ilość dzieci wyznania katolickiego, to i nauczyciele uczący byli tego wyznania. Nie było rzadkością, że w większej wiosce istniały dwie szkoły odrębnego wyznania. A gdy nie było wymaganej liczby jednego wyznania, to razem tworzono jedną szkołę ewangelicką. Ja właśnie do takiej szkoły chodziłem przez siedem i pół roku w latach 1905-1912. Z lat dzieciństwa niewiele się pamięta wydarzeń, zaledwie jakieś fragmenty, które tkwią jednak głęboko w świadomości i często towarzyszą aż do grobu. Czy są ważne, ciekawe? Może nie. Są jednak charakterystyczne dla danego środowiska w czasie, w którym miały miejsce. Na tym polega ich wartość, dlatego zasługują, aby je zapamiętać. Chciałbym jeszcze raz przekazać pewne swoje spostrzeżenia odnośnie religii i różnych zachowań człowieka.

^ w górę ^

Religia

 

Przed I wojną światową Polacy pod zaborem pruskim mocno byli przywiązani do wiary przodków i otwarcie wyznawali przekonania rzymsko - katolickie. Nie znano, aby ktoś w niedzielę albo inne dni świąteczne zarobkował lub w swoim gospodarstwie rolnym pracował. Natomiast w Niemczech już wiele lat przed wybuchem wojny światowej niedziela nie miała uroczystego charakteru. Pracowały zakłady przemysłowe, a nawet i w rolnictwie wykonywanie roboty w polu podczas dni świątecznych było zjawiskiem dość częstym. W miastach w niedzielne przedpołudnie kobiety prały, porządkowały domy, a po południu, czy pod wieczór całe rodziny szły do restauracji, aby przy kuflu piwa spędzić resztę niedzieli i porozmawiać w swoim towarzystwie. To nieuszanowanie niedzieli i świąt mamy dzisiaj my niejako z importu z sąsiednich państw. Pracuje się niekiedy w niedzielę, choć nie jest to konieczne, wprowadzono wolne soboty (zwyczaj żydowski), a niedzielę niejednokrotnie uważa się za dzień zwykły. Dawniej nie znano, aby ktoś bez ważnej przyczyny nie uczestniczył w niedzielnym nabożeństwie. W domu każdy odmawiał ranny i wieczorny pacierz, w wielu rodzinach odmawiano go wspólnie wieczorem. Również w maju odprawiano nabożeństwa majowe, a w październiku różaniec, któremu przewodniczyła matka lub jedno ze starszych dzieci. W mojej rodzinie w czasie adwentu, Bożego Narodzenia i Wielkiego Postu w każdą sobotę wieczorem i w niedzielę rano śpiewano kilka pieśni religijnych stosownych do danego okresu. Moja matka prawie codziennie rano przy sprzątaniu, ścieleniu łóżek śpiewała: „Kiedy ranne wstają zorze". Post był ściśle przestrzegany w każdy piątek, a w okresie Wielkiego Postu tj. od Środy Popielcowej aż do Wielkanocy przez cały ten czas wstrzymywano się od pokarmów mięsnych. Miało to podwójne znaczenie. Wynikało z nakazu religijnego oraz przynależności do wspólnoty narodowej. Jeżeli się ktoś wyłamał z tej tradycji uważano go za Niemca, bo oni nie pościli. Nadmieniam, że w tamtych czasach łatwo było przestrzegać post, bo postne artykuły jak śledzie, ryby, sery, suszone owoce można było wszędzie kupić w każdej ilości bez ograniczenia. Najważniejszą jednak sprawą była wewnętrzna potrzeba dostosowania się do nakazu. W czasie I wojny światowej Wielki Post skracano do trzech dni w tygodniu tzn. obowiązywał w środę, piątek i sobotę z uwagi na trudności w zaopatrzeniu się w artykuły spożywcze. Mimo tych trudności wielu przestrzegało dawnego obyczaju, a szczególnie czynili to ludzie starsi. Ten skrócony post utrzymał się aż do II wojny światowej. Niestety po 1945 r. wielu Polaków w ogóle zaniedbało post.

^ w górę ^

 

Pozdrowienia

 

Gdy Polacy spotykali się na ulicy lub wchodzili do mieszkania to na powitanie mówiono „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", a odpowiedź brzmiała „Na wieki wieków. Amen". Następnie mówiono Dzień dobry lub Dobry wieczór, ale niekoniecznie. Nawet Niemcy, gdy wchodzili do polskiego domu mówili Gelobt sei Jesus Christus, a Polacy odpowiadali w ojczystym języku - „Na wieki wieków. Amen". Tak samo, gdy Polak wchodził do mieszkania Niemca mówił po polsku, a on odpowiadał w swoim języku. Gdy się pisało listy do rodziny lub przyjacielski, to zawsze na początku dawano pozdrowienie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Jakie to było wzruszające, a zarazem ogarnia mnie teraz wstyd, że Polacy się mocno zmienili pod tym względem. Przed kilku laty otrzymałem list z Ameryki od nie znanej mi osoby, która urodziła się w Ameryce, a rozpoczynał się od pozdrowienia w imię Chrystusa. U nas w kraju stosowanie tego zwrotu należy do rzadkości. Dziś, gdy ktoś posługuje się tym pozdrowieniem, to się zdarza, że nie otrzymuje właściwej odpowiedzi. Doszło nawet do tego, że będąc na dziedzińcu przy kościele ludzie witają się słowami Dzień dobry zamiast Chrystusowym pozdrowieniem. Różne były obyczaje i tradycje w tamtych czasach. Wieczór wigilijny obchodzono bardzo uroczyście. Miał on charakter polski i był zabarwiony mocno religijnie. Do wieczora obowiązywał surowy post. Siadając do wieczerzy łamano się opłatkiem. Wieczerza składała się z kilku dań w zależności od sytuacji materialnej rodziny. Śpiewano różne kolędy. Podarków nie wręczano, gdyż nie było takiego zwyczaju. Choinek prawie w polskim domu nie widziano, mówiono, że jest to zwyczaj niemiecki. Zaznaczam, iż wzrastałem w środowisku, gdzie była przewaga Niemców. Na Nowy Rok moja matka piekła pączki mówiąc „Jak na Nowy Rok są pączki, to cały rok będzie chleb", który miał większy szacunek niż dzisiaj. Również starano się, aby na zapusty od tłustego czwartku do Środy Popielcowej jeść tłusto, czyli spożywać sporo wyrobów mięsnych. Jeszcze we wtorek przed Środą Popielcową urządzano tzw. „podkoziołek", ale tylko do godziny 24:00, potem milkła muzyka i śpiewki aż do Wielkiej Nocy. Przez cały post wstrzymywano się od pokarmów mięsnych. W Środę Popielcową starano się być na ceremonii posypania głów popiołem. Jest to symbol, że człowiek ma się opamiętać, że jest tylko prochem i w proch się obróci. W szkole dzieci z rodzin katolickich otrzymywały zwolnienie z zajęć, aby mogły być w kościele na tej ceremonii. Czytałem, że przed wojną jeden Chińczyk podróżował po Polsce, a gdy wrócił do kraju w swoim pamiętniku napisał, że Polacy od Nowego Roku dostają jakiegoś szału, są rozbawieni, jedzą i piją nadmiernie, a po kilku tygodniach udają się do kościoła i ksiądz sypie im na głowę jakiś proszek, który ich skutecznie wyleczy, a potem żyją i pracują normalnie. Postu przestrzegano z całą dokładnością, a zwłaszcza w Wielki Tydzień. W Wielki Piątek zasłaniano lustra, aby nie dawać okazji do przeglądania się, czy strojenia, bo w tym dniu szczególnie należało się umartwiać i przeżywać ukrzyżowanie Jezusa Chrystusa. Z utęsknieniem czekano na Niedzielę Wielkanocną. Przygotowywano się do niej od dłuższego czasu. Mieszkanie malowano, porządkowano przed domem i w ogródku, mówiono: „porządki na Wielkanoc", a dziś się mówi „porządki wiosenne". Prawie każda rodzina przygotowywała święconkę, czyli gotowaną szynkę, kiełbasę, kilka jaj, chleb i placek, wszystko dekorowano najczęściej gryszpanem. Tak przyrządzone potrawy znoszono do jednej rodziny, do której przyjeżdżał ksiądz i poświęcił. Ja miałem raz pewną przygodę. Niosąc z siostrą święconkę przewróciłem się i przykrycie się pobrudziło, musiałem wrócić do domu i matka dała nowe nakrycie. W pierwsze święto wczesnym rankiem udawaliśmy się do kościoła na rezurekcję, tylko matka zostawała w domu, aby stół przygotować do śniadania. Po powrocie z kościoła wszyscy zasiadaliśmy do obficie nakrytego stołu. Pierwsze święto było ściśle rodzinne, natomiast w drugie odwiedzało się krewnych, znajomych, sąsiadów. W tym dniu urządzano też zabawy taneczne i dyngus. W naszej wiosce i okolicy dyngus nie był znany. Dopiero jak Polska Zmartwychwstała dowiedziałem się, że w niektórych stronach istniał ten zwyczaj. Polewanie wodą i to często nadmierne, uważam za mało godne naśladowania. W mojej wiosce i okolicy był inny zwyczaj. Kilka dni przed Wielkanocą chłopcy wkładali do dzbanka z wodą gałązki brzozy, aby na święta się zazieleniły i tymi gałązkami delikatnie okładali panienki i młodsze panie po rączkach. Wchodząc do mieszkania mówili: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" oraz „Chodząc, chodząc po dyngusie, leży placek na obrusie, pan kraje, pani daje proszę o święcone jaje". Chłopcy otrzymywali kawałek placka a i nieraz drobną monetę. Ten zwyczaj występował tylko u Polaków, a chodzili chłopcy jedynie z biedniejszych rodzin do zamożniejszych. Po pierwszej wojnie i ten zwyczaj niemal zaniknął. Na Kujawach jeszcze nie tak dawno dość powszechnie istniał zwyczaj, że chłopcy mieli w butelkach wodę i oblewali nimi przechodzące dziewczęta. Dziś tego typu obyczaj stosuje się rzadziej. Ambitniejsza młodzież nosiła wodę kolońska, przed którą już tak panienki się nie broniły. Te same przywileje miały dziewczęta dnia następnego w stosunku do chłopców, ale z tego uprawnienia mało korzystały. Na Zielone Świątki z kolei każdy obstawiał dom brzozowymi gałęziami, a szczególnie wejście do domu. Wewnątrz mieszkania, w oknach, nad łóżkami również kładziono zielone gałązki. Przed domem wysypywano podwórze białym piaskiem rysując na nim różne wzory kwiatów, ptaków itp. Sport dopiero zaczynał raczkować. Istniało Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół", ale działało w zasadzie w większych skupiskach Polaków. Piłki nożnej też dawniej nie znano, dotarła ona do nas po pierwszej wojnie światowej. Główną rozrywką dla chłopców było ślizganie się po śniegu i po lodzie. Łyżwy nie były tak dostępne jak dziś, chłopcy przymocowywali sobie gruby drut pod pantoflem i z pełnym zadowoleniem jeździli po lodzie. Do zjeżdżania na sankach wybierano teren pagórkowaty. Powszechnie posługiwano się saneczkami własnej roboty i w tym mieścił się czynnik wychowawczy. Młodzież męska w niedzielne popołudnie grała w kręgle. Gra polegała na tym, że dwie równe grupy ustawiały się w odległości około 20 metrów od siebie na drodze, w środku wsi i przystępowały do zabawy. Jedna grupa rzucała krąg w kierunku przeciwnika i do tego miejsca, gdzie koło przestało się kulać, drugi zespół musiał się cofnąć. Ta grupa, która dalej wyparła przeciwnika od miejsca startu wygrywała spotkanie. W latach szkolnych miałem bardzo mało wiadomości o Polsce, jej historii, o naszych poetach, o rozbiorach. Nie miałem dostępu do polskich książek. Na szczęście rodzice co roku nabywali Kalendarz Mariański, z którego czerpałem dość bogatą wiedzę. Mówiono wtedy tak: „Kalendarz Mariański na rok Pański, a kto go nie kupi, będzie cały rok głupi". Abonowano też na stałe „Przewodnik Katolicki" z Poznania jako tygodnik, a w okresie zimowym prenumerowano „Gazetę Grudziądzką" wychodzącą trzy razy w tygodniu. Oba te pisma były ukierunkowane na utrzymanie czystego ducha narodowego. Dużo też zawdzięczam mojej matce, która nam o Polsce opowiadała i nauczyła kilku polskich piosenek. Gdy miałem już ukończoną szkołę, ksiądz wikary Rogalewski z Jaktorowa zorganizował Towarzystwo Młodzieży Katolickiej. Na miesięcznych zebraniach występowano z pouczającymi i wartościowymi odczytami oraz pogadankami o Polsce, ale wkrótce wybuchła pierwsza wojna światowa i spotkania zostały przerwane. Dużo młodzieży zawezwano do wojska, a młodsze roczniki dorastały i były kolejno wciągane do służby wojskowej. Towarzystwo Młodzieży Katolickiej przestało wówczas działać. Szczególnie pozostał mi w pamięci wybuch I wojny światowej w 1914 r. Już dość długo przed wybuchem wojny Polacy rozmawiali między sobą, że zanosi się na konflikt zbrojny, że będzie bardzo groźnie, że wszystkie państwa są dobrze uzbrojone. Zdania między ludźmi były podzielone. Jedni mówili, że jedynie wojna może Polskę wskrzesić. Inni, że jeżeli Niemcy wygrają, to położenie Polaków jeszcze się pogorszy. W sobotę 1 sierpnia Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji, a w poniedziałek 3 sierpnia Francji. Niemcy bardzo się radowali, byli niemal pewni zwycięstwa. Młodzież i mężczyźni poborowi przez całą noc wiwatowali na cześć cesarza narodu niemieckiego oraz wznosili wrogie okrzyki przeciw Rosji i Francji. W niedzielę 2 sierpnia udałem się do kościoła w Jaktorowie. W kościele panował płacz matek i lament żon odjeżdżających mężów i synów na wojnę. Udającym się na wojnę ksiądz poświęcił medaliki i nakładał szkaplerze. Ludność była bardzo przygnębiona, a szczególnie tam, gdzie mąż, syn, czy brat mieli bezzwłocznie stawić się do wojska. Z chwilą wybuchu wojny dużo się zmieniło. Z braku rąk do pracy kobiety musiały zastąpić mężczyzn. Wiele warsztatów pozamykano. Niebawem też nadeszły pierwsze wiadomości o poległych i rannych. Powstawały komitety niesienia pomocy rannym. Widziano też jeńców wojennych,, a to Rosjan, później zaś Francuzów. To wszystko dawało ponury nastrój. Niemcy początkowo ponosili klęski na froncie wschodnim. Moskale wkradli się dość daleko do Prus Wschodnich. Niemcy chcąc się jakoś zabezpieczyć i nieprzyjacielowi stawić przeszkody spowodowali wylew rzeki Noteć. Za pomocą worków napełnionych piaskiem w pewnych odcinkach zablokowali rzekę i po kilku dniach Noteć wylała po obu stronach do szerokości 4 km.

 

^ w górę ^

Praca 1914 - 1916

 

Trzy miesiące po wybuchu wojny ukończyłem 16 lat i zaraz następnego dnia rozpocząłem pracę w cukrowni w Nieżychowie za pośrednictwem mego ojca, który w tej cukrowni pracował od kilku lat. Byłem zatrudniony w oddziale laboratoryjnym. Moja praca polegała na tym, że musiałem z każdego wagonu przywiezionych buraków kilka pobrać, przepuścić przez wirówkę i otrzymany sok podać do badania zawartości cukru. Noclegi mieliśmy zapewnione. W jednym pomieszczeniu spało od 10 do 15 pracowników i do tego otrzymywaliśmy obiad jednodaniowy. Dziś mówi się na takie zakwaterowanie Hotel Robotniczy. Raz na dwa tygodnie udawałem się pieszo do domu po świeżą bieliznę i żywność, a zarazem oddawałem matce pierwsze zarobione pieniądze. Odległość do domu wynosiła 15 km. Nie pamiętam ile zarabiałem, ale była to dla mnie pokaźna suma i również cieszyłem się, że mam swój własny pieniądz. Wynagrodzenie oddawałem rodzicom, pomimo że byli dość dobrze sytuowani i nie potrzebowali tego typu pomocy. W cukrowni pracowałem do połowy stycznia 1915 r. tj. do końca kampanii. Będąc kilka dni w domu dałem się zwerbować do budowy okopów i wałów ochronnych w okolicy Kruszwicy na odcinku Racice - Polanowice. Miejscowości te znajdowały się blisko granicy rosyjskiej. Niemcy byli nadal zagrożeni i wzdłuż swej granicy wschodniej budowali wały, rowy, schrony podziemne i zasieki z drutu kolczastego. Praca była możliwa, bo dzień był krótki i zima łagodna. Kwatery mieliśmy u osób prywatnych. Po trzech tygodniach uznano, że prace zostały już skończone, może jednak nie całkiem, tylko sytuacja na froncie się poprawiła, zagrożenie minęło i nas zwolniono do domu. Po kilkudniowym pobycie w domu znów dałem się wciągnąć, ale tym razem z większą grupą mężczyzn werbowanych do pracy. Dokładnie nie wiedziałem co i gdzie będę robił. Tyle tylko było wiadomo, że daleko od domu w jakimś mieście, aby zająć miejsce powołanych do wojska, na poczcie lub na kolei. Ja byłem bardzo zadowolony, że tak daleko wyjeżdżamy szukając wrażeń w obcych stronach i do tego jazda koleją też mnie pociągała. Do dalekiej podróży należało się rzetelnie przygotować. Walizki w tym czasie nie były znane, podobnie koce. Używano natomiast koszy w kształcie skrzyni. Matka uszykowała mi pościel, niezbędne rzeczy, trochę żywności i wszystko to pomieściłem w koszu zamykanym na kłódkę. O wyznaczonej godzinie przybyliśmy na stację kolejową Osiek n/Notecią. Szedłem pieszo 12 km niosąc bagaż. Wkrótce też nadjechał pociąg z Berlina w kierunku Bydgoszczy – Torunia – Olsztyna i dalej w stronę granicy rosyjskiej. Jechaliśmy bez biletu na koszt wojska. Po kilku godzinach przyjechaliśmy do Torunia. Podziwiałem długi most i Wisłę, a pociąg pędził dalej aż zapadł wieczór. Zrobiła się noc, spać się chciało, ale trudno było zasnąć, bo było coraz zimniej, dokuczał mróz. Długa jazda stawała się coraz bardziej uciążliwa i żywność się wyczerpywała. Wciąż jeszcze była ciemna noc, nie wiedzieliśmy nawet gdzie się znajdujemy. Wtedy myślami wróciłem do domu, do rodziców. Żal mi się zrobiło, że postąpiłem tak lekkomyślnie decydując się na tę podróż. Przypomniały mi się łzy matki przy pożegnaniu, ale teraz już nie było odwrotu, należało posuwać się dalej. Ciemna noc nareszcie minęła i powoli zaczęło świtać. Z okna pociągu teraz widać było lasy, osiedla, miasteczka, ale o dziwo wszystko pokryła warstwa śniegu, a kiedy wyjeżdżaliśmy z domu było łagodnie i bez mrozu. Widziałem coraz mniej ludności cywilnej, natomiast znacznie więcej wojska. Na jednej ze stacji dostrzegłem tłum ludzi z wyraźną przewagą kobiet i dzieci, zaraz zorientowaliśmy się, że to uchodźcy. Pociąg jechał dalej przez Lyck (Ełk) - Johanesburg (Pisz) aż do punktu granicznego – Dlottowen (Diutowo, miejscowość położona wówczas w Prusach Wschodnich; dziś nie istnieje ale tkwi w świadomości okolicznych mieszkańców; w pobliżu cmentarz z grobami niemieckich żołnierzy okresu I wojny światowej). Jeszcze przed tygodniem toczyły się tu walki. Niemcy przekroczyli granicę i weszli na terytorium Rosji na Suwalszczyznę. Wszędzie widoczne były spustoszenia, spalone domy. Najbardziej utkwił mi w pamięci widok poległego oficera rosyjskiego, któremu ściągnięto buty. Tu i tam zabite konie leżały przy drodze. Widziałem prawie doszczętnie spalone budynki mieszkalne i całe zabudowania gospodarcze. W jednej miejscowości pozwolono nam się zakwaterować. Nielicznie ocalałe domy zajmowało wojsko. Problemem dla nas było znaleźć schronienie przed mrozem na odpoczynek nocny. Upatrzyliśmy sobie dość obszerną piwnicę. Po uporządkowaniu pomieszczenia wybieliliśmy podłogę, ale dokuczał nam mróz i wilgoć. Mróz był tak silny, że gdy otrzymaliśmy gorącą kawę, to już po chwili robiła się zimna. Gorący posiłek zjadaliśmy natychmiast, aby uniknąć wystudzenia. Z piwnicy przeprowadziliśmy się do chlewa, spaliśmy wśród koni. W miejscowości ocalał jeden budynek murowany przeznaczony do odpraw celnych, cały był zajęty przez wojsko, ale pozostawał strych i tam urządziliśmy sobie nowe noclegi. Tam też pozostałem do końca naszego pobytu w Dlottowen. Z żywnością nie było kłopotów, bo podlegaliśmy pod wojsko, a podane posiłki z kuchni polowej były zupełnie wystarczające, bo na początku wojny Niemcy mieli dobre zaopatrzenie. Konflikt zbrojny jednak się wydłużał i zapasy się wyczerpywały. Kiedy Niemcy wyparli przeciwnika ze swego państwa, to zaraz przystąpili do budowy dróg, mostów i kolei. Nasza grupa została przeznaczona do budowy linii kolejowej. Pracowaliśmy w ciężkich warunkach, nie mieliśmy odpowiedniej odzieży, a szczególnie obuwia. Chodziłem do pracy w drewnianych pantoflach. Żołnierz, który miał nadzór nad nami podziwiał, że mogę wytrzymać w tych drewniakach, ale one mi lepiej służyły niż ciasne obuwie skórzane. Mróz tak dokuczał, że odmroziłem sobie nos i twarz, a ślady odmrożenia pozostały mi na długie lata. Było to w marcu 1915 r., miałem wtedy 16 lat i cztery miesiące. Przebywając w takich warunkach nie miałem żadnej łączności z domem rodzinnym, bo poczta tam nie dochodziła, tęskniłem za rodzicami i rodzeństwem, ale nie było żadnej możliwości, by się stamtąd wydostać. Formalnego zwolnienia bym nie otrzymał, ucieczka ryzykowna, bo wszędzie znajdowało się wojsko. Tak upływały dni i tygodnie, aż w końcu mróz osłabł i słońce coraz cieplej ogrzewało wszystkich. Zbliżały się Święta Wielkanocne. Byłem bardzo zmartwiony, że nie mogę pójść do kościoła, a najbardziej, że nie miałem możliwości do spełnienia wielkanocnej spowiedzi. Święta przypadły wtenczas 4 i 5 kwietnia. Mimo wojny uszanowano świąteczne dni i otrzymaliśmy zwolnienie z pracy, były to pierwsze wolne dni od chwili naszego tutaj przybycia. Skorzystałem z wolnego czasu i udałem się do najbliższego miasteczka Kolna znajdującego się pod zaborem rosyjskim w odległości 10 km. od granicy niemieckiej. Miasteczko wywarło na mnie silne wrażenie. Prawie nic nie ucierpiało od działań wojennych, ludności jakby nic nie ubyło. Dużo mieszkało tutaj Żydów, którzy odróżniali się od pozostałych mieszkańców ubiorem i wyglądem zewnętrznym. Niemal wszystkie sklepy mieli w swoich rękach. Wszędzie panował niski poziom życia, domy były z drewna, ulice bez bruku, chodniki z desek lub belek. Różnice w ogólnym poziomie funkcjonowania pod zaborem rosyjskim i pruskim były bardzo widoczne. Stopniowo warunki pracy się polepszały, myśmy też przystosowali się do sytuacji, a przede wszystkim robiło się coraz cieplej. Ale oto pojawiło się nowe zagrożenie. Uderzenia pocisków artyleryjskich stawały się coraz głośniejsze i bliższe. Powstała nawet panika, prace przerwano i na drugi dzień wycofano nas z zagrożonego terenu i zamierzano wywieźć koleją na inny odcinek poza linię frontową. Po przejechaniu kilku kilometrów pociąg stanął w ukryciu pomiędzy wysokimi wałami i maszynista czekał na dalszą decyzję. Już druga noc zapadła i nic nie wskazywało na to, że niebawem ruszymy dalej. Wraz z czterema kolegami zaplanowaliśmy wtedy na następny dzień ucieczkę. Po cichu wyszliśmy z pociągu. Był już ranek, a gdy wydostaliśmy się za pagórek to wszyscy-poczuliśmy się wolni. Należało jednak zachować maksimum ostrożności, gdyż w każdej miejscowości znajdowało się wojsko i żandarmeria wojskowa. Posuwaliśmy się bocznymi drogami, wzdłuż linii kolejowej dla orientacji. Idąc bez przerwy, przy słonecznej pogodzie, spotkaliśmy przed wieczorem większą grupę ludzi, których ewakuowano, a teraz wracali do swojej miejscowości. Było to dla nas bardzo dogodne i nie namyślając się włączyliśmy się w tłum i tak całkiem bezpiecznie dotarliśmy do Ełku. Tu zastaliśmy wszystko unormowane i kolej kursowała normalnie. Teraz czuliśmy się zupełnie bezpiecznie. Z tego miasta jechaliśmy koleją do Torunia, a stamtąd przesiedliśmy się w kierunku Bydgoszczy. Znajdowałem się coraz bliżej domu. Z dworca szedłem pieszo 15 km do domu. W nocy zapukałem do drzwi. Radość była wielka, że po tylu tygodniach bez żadnej w tym czasie wieści znowu jestem wśród swoich. Nie są to wielkie wydarzenia, które w skrócie podałem, ale dla 16 - letniego chłopca być w pobliżu linii frontowej, widzieć leżące ciała poległych, świeżo usypane mogiły, zabite konie, rozwalone wozy widoczne na drogach, spalone osiedla i całe wsie stanowiły duże przeżycie, pod wrażeniem którego jestem do dzisiaj. Tak zdobywało się kolejne doświadczenia życiowe. Po kilku dniach pobytu w domu spotkałem się przypadkowo z kolegą szkolnym Emilem Klukas (Niemiec), który zaproponował mi, abym z nim jechał aż do Niemiec do Wittenbergi (Wittenberga, miasto położone we wschodniej części Niemiec, port nad Łabą. Miastem jest od 1293 r. Od 1423 r. znajdowało się w posiadaniu Wettinów. W 1517 r. Marcin Luter wyłożył tam 95 tez, co dało początek reformacji. Jest też miastem Filipa Melanchtona. W 1815 r. przypadło Prusom. Miasto posiada dobrze rozwinięty przemysł chemiczny, maszynowy, spożywczy, drzewny, jest znaczącym ośrodkiem turystycznym, liczy ponad 150 tys. Mieszkańców). Zapewnił, że będę miał pracę i stosowny pokój. Wyraziłem zgodę i po kilku dniach zapakowałem najpotrzebniejszą odzież i bieliznę w koszyk, który zamknąłem na kłódkę. Pożegnałem się z rodzicami, którzy znowu zostali sami, bo brat Roman po ciężkim wypadku leżał już drugi rok w szpitalu w Dortmundzie (Dortmund, miasto położone w zachodniej części Niemiec, w kraju związkowym Nadrenia Pn-Westfalia, w Zagłębiu Ruhry. Było rezydencją cesarza Karola Wielkiego. Prawa miejskie posiada od XIII w., członek Hanzy. W 1815 r. zostało przyłączone do Prus. Jest ważnym ośrodkiem przemysłowym, liczy około 700 tys. mieszkańców. Stanowi także, ośrodek życia naukowego i kulturalnego. Posiada gotyckie i romańskie kościoły, ratusz - XIII w.), siostra Władzia mieszkała w Berlinie, a siostra Rózia w Hanowerze (Hanower, miasto na terenie Niemiec, stolica kraju związkowego Dolna Saksonia. W XII w. było rezydencją Henryka Lwa. Prawa miejskie uzyskało w 1241 r., należało do Hanzy. W 1866 r. znalazło się pod panowaniem Prus. Liczy ponad 500 tys. mieszkańców. Jest ważnym ośrodkiem przemysłowym, handlowym, naukowym i kulturalnym. Posiada szkoły wyższe. Znajdują się tam kościoły w stylach epoki od XIV w., także zamek i muzea). Przy pożegnaniu matka ze łzami w oczach przypominała, bym nie utracił wiary i nie zapomniał o Bogu. Rozpoczynała się kolejna przygoda z życiem. W piątek 30 kwietnia 1915 r. wczesnym rankiem wraz z kolegą udałem się na stację kolejową do Białośliwia (Białośliwie, miejscowość znana z zaciętych walk w ramach zachodniego odcinka frontu północnego podczas trwania Powstania Wielopolskiego) , skąd odjeżdżał bezpośredni pociąg do Berlina, do którego przyjechaliśmy o godz. 18:00 na Dworzec Wschodni tzw. Śląski. Widok wywarł na mnie duże wrażenie - wielki dworzec, wielki tłum ludzi, szalony ruch, wysokie kamienice, elektryczne oświetlenie, tramwaje i konne dorożki. Nadziwić się nie mogłem jak tu ładnie w tak dużym mieście. Ale przed nami pojawił się problem. Chcąc jechać do Wittenbergi trzeba było udać się na dworzec południowy, dość daleko oddalony. Zastanawialiśmy się jak tam dotrzeć, nie znaliśmy bowiem tak dużego miasta. Z pomocą przyszedł nam jakiś uczciwy chłopiec, który widząc, że się błąkamy od razu wyczuł nasze zagubienie. Otóż ten chłopiec zaprowadził nas za małą opłatą na właściwy dworzec tj. Anhalter Bahnhof. Na pociąg jednak musieliśmy czekać aż do rana. Niebawem noc minęła i zapowiadał się pogodny dzień, a była to sobota 1 maja. Do Wittenbergi dotarliśmy około południa. Samo miasto nie zrobiło na nas wrażenia. Ja byłem wciąż pod urokiem wielkiego Berlina, stolicy Keiserowskich Niemiec. Zdziwiłem się, gdy na ulicy zobaczyłem tramwaj zaprzęgnięty w jednego konia, który kursował regularnie z dworca do centrum. Chodząc po mieście dowiedzieliśmy się, że to tutaj właśnie Marcin Luter rozpoczął reformację Kościoła. Po chwili spostrzegłem, że często pojawiało się słowo: Luter. I tak rynek - Luter, ulica - Luter, kino - Luter, apteka - Luter, szkoła -Luter. Wiele zakładów i instytucji było pod tym imieniem. Do naszego zamierzonego miejsca pracy szliśmy pieszo kilka kilometrów. Była to miejscowość Pisteritz. Tu zastaliśmy już kilku znajomych ze stron rodzinnych. Za nocleg, kawę rano i wieczorem oraz obiad w niedzielę płaciliśmy raz w tygodniu. W poniedziałek 3 maja udałem się wraz z innymi do pracy przy budowie wielkiego kombinatu chemicznego. Pracowałem 12 godzin dziennie a nieraz i dłużej. Byłem jednak zadowolony, że mogłem być daleko w świecie, dużo widziałem i słyszałem. Trochę inna mowa i obyczaje, odmienna kultura, inni ludzie - to wszystko bardzo mnie interesowało i zauważyłem, że wszędzie są plusy i minusy. 23 maja przypadły Zielone Świątki. Oba święta były wolne od pracy. Toteż zapoznałem się bliżej z Wittenbergą i okolicami miasta. W mieście znajdował się mały kościółek katolicki, jedyny w całej okolicy, bo cała Saksonia była wyznania ewangelickiego. W tym kościółku byłem i widziałem dużo wiernych, przeważnie byli to Polacy, pracujący tutaj w sezonie letnim, pochodzący z Małopolski. Odróżniali się ubiorem, mową i zachowaniem. Potem się więcej z nimi nie spotkałem. Przypominam sobie, że podczas Zielonych Świąt pierwszy raz byłem w kinie. Był to rok 1915, a wyświetlano włoski film pt. „Die Glocken von Roma" („Dzwony Rzymu"). Film był bardzo ciekawy w dodatku, że przygrywano na fortepianie i skrzypcach, co dodawało lepszego nastroju. Po kilku tygodniach pracy zostałem dozorcą wielkiej sali noclegowej. Mogłem mieszkać tu bezpłatnie, jednak z tego dobrodziejstwa zrezygnowałem i wolałem opłacać, ale mieszkać kulturalnie w prywatnej posesji. Po pewnym czasie zostałem magazynierem składu różnego rodzaju narzędzi. Czynność polegała na tym, że prowadziłem ewidencję narzędzi i według zapotrzebowania wydawałem i potem przyjmowałem sprzęt. Byłem zadowolony z tej funkcji i ten odcinek pracy należy uznać za odpowiedzialny. Znalazłem też kolegę, jeszcze ucznia ślusarskiego, tutejszy rodak, ale mimo to dobrze rozumieliśmy się i znajdowaliśmy wspólny język. Tego co teraz opiszę nie zapomnę do śmierci. Było to w połowie 1915 r. Powoli zbliżał się wieczór. Wybrałem się z kolegą na spacer za miasto. W pewnym momencie oślepiła nas wielka jasność i zaraz potem nastąpił tak silny i przerażający wybuch, że padliśmy nieprzytomni. Od razu powstał wielki popłoch i panika. W promieniu kilku kilometrów powypadały wszystkie szyby z okien. Ludzie masowo opuszczali mieszkania, oddalali się od miejsca katastrofy i wszyscy niemal biegli na dworzec, aby koleją odjechać jak najdalej, bo spodziewano się dalszych wybuchów. Ja również znalazłem się w tłumie, ale nie udało mi się dostać do pociągu. Tymczasem groźna noc minęła i znów zapowiadał się pogodny dzień, lecz ludzie byli jeszcze wciąż wystraszeni i przygnębieni. Katastrofa pociągnęła wiele ofiar, liczby ich nie podano, trzymano w tajemnicy. Przypadkowo widziałem jak wieziono trumny, przynajmniej 20 sztuk, ale ile dostarczono już wcześniej, albo później? Niedaleko od miejsca katastrofy była wytwórnia prochu i dynamitu. W tej prochowni pracowało dużo ludzi, płacono tu lepiej i przydzielano specjalny dodatek, bowiem praca była szkodliwa. Już po kilku dniach pracy ludzie mieli żółte ręce i twarze. Takiego człowieka każdy unikał. Przyczyny katastrofy nie podano, tylko domyślano się, że do wybuchu doszło wskutek nieostrożności, a jeszcze prawdopodobniej sabotażu jeńców francuskich, którzy w tym zakładzie pracowali. Na skutek katastrofy życie w okolicy jakby spowolniało, bo ludzie wciąż żyli w obawie, że dojdzie do następnego wybuchu. Postanowiłem zmienić mieszkanie i od 1 października przeprowadziłem się do Wittenbergi, na ulicę Schloster 1. Otrzymałem umeblowany pokój. Właścicielką była starsza pani, starała się bym był zadowolony. Do miejsca pracy dochodziłem codziennie prawie godzinę. Z pracy byłem zadowolony, ale stale myślałem, aby być w Berlinie. Wkrótce zrezygnowałem z pracy w Pisteritz i w styczniu 1916 r. udałem się do Berlina. Tutaj już kilka lat temu osiedliło się na stałe kuzynostwo. Kuzynki Bronisława i Stanisława wyszły za mąż za Niemców i tym samym się zniemczyły. Kuzynka Agnieszka była samotna, ale niestety też mocno zabarwiona niemieckością. Natomiast kuzynowie Józef i Tadeusz wzięli sobie za żony Polki i w ich rodzinach zachowano ojczystą mowę i wiarę katolicką. Przez kilka dni pozostawałem bez stałego miejsca zamieszkania i bez pracy. Miałem okazję zapoznać się z całym kuzynostwem, którego poprzednio nie znałem, wszyscy byli starsi ode mnie o ponad 10 lat. Gdy się poznałem z kuzynem Józefem, to mi od razu zaproponował u siebie mieszkanie. Chętnie na to przystałem. O pracę dla mnie również się postarał, w tym samym przedsiębiorstwie, w którym on pracował, ale na innym oddziale. Pracowało tu kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Zakład ten był pod nazwą A. Borsig Werke. Opowiadano, że dziadek obecnego właściciela był kowalem. Początkowo prowadził kuźnię z kilkoma pomocnikami. Rzemieślniczy warsztat rozwinął się w potężne przedsiębiorstwo, znane nawet poza granicami Niemiec. Nie umiałem dokładnie określić, co wcześniej produkowano, ale teraz podczas wojny nastawiono się na produkcję wojenną. Ja pracowałem przy stwardzaniu stali, którą przywożono jeszcze w stanie płynnym, prawie czerwoną i zanurzano w wielkim basenie z oliwą. W ten sposób stal twardniała, następnie produkowano z niej granaty średniego kalibru. Warunki bytowe były dobre. Już wówczas wydawano pracownikom obiady w stołówce, chętnych było dużo. W każdym oddziale znajdowały się umywalki, prysznic, szatnia, każdy miał swoją szafkę do przechowywania odzieży i gdy zwykły robotnik po skończonej pracy umył się oraz przebrał, to na ulicy wyglądał jak inżynier. Kontrola prawie żadna nie istniała, owszem byli przodownicy, mistrzowie, inżynierowie, ale każdy pracownik miał swoje stanowisko i bez nadzoru wykonywał pracę. Kontrola polegała jedynie na tym, że każdy pracownik miał swoją kartę i rozpoczynając pracę musiał w portierni w zegarze ją odbić, podobnie czynił, gdy opuszczał zakład. Wypłata wyglądała w ten sposób, że otrzymywało się kopertę z należnością, na kopercie był wyszczególniony rodzaj pracy, ilość przepracowanych godzin, nieobecność itp. W zakładzie istniała też możliwość zaopatrzenia się w artykuły spożywcze po zniżonych cenach. Opisuję te szczegóły, aby wykazać iż nie są to osiągnięcia czasów najnowszych, ale tak już było na początku naszego wieku. Zakład, w którym pracowałem znajdował się w dzielnicy Berlin - Tegel nad dużym jeziorem. Mieszkałem u kuzyna Józefa pod adresem Berlin - Tegel Schlieperstr. 80. Zająłem pokój z oknem na ulicę. Ze współlokatorem z Holandii niejednokrotnie długo dyskutowaliśmy na różne tematy. Raz zabrał mnie do teatru, bo ja jeszcze nie miałem pojęcia o takich spektaklach. Gdy już byłem bardziej zaznajomiony z Berlinem, to odważałem się na dalsze spacery i wycieczki. Byłem w katedrze św. Jadwigi, która ma kształt filiżanki. Zwiedziłem ogród zoologiczny, muzea. Znalazłem się obok zamku królewskiego, a raz nawet odbyłem dłuższą wycieczkę wodną z Tegler See do Spandau. W tym mieście jest słynne więzienie oraz zamek wraz z pięknym parkiem. Po kilku tygodniach pobytu w Berlinie zostałem wciągnięty do Towarzystwa Młodzieży Katolickiej, niestety niemieckiej, ale stowarzyszenie miało na celu wychowanie katolickie, organizowało odczyty i pogadanki na kulturalnym poziomie, dobre pod względem moralnym. Już po wojnie czytałem, że w Berlinie i okolicy jeszcze przed I wojną światową mieszkało 100 tys. Polaków. Wychodziła nawet gazeta polska „Dziennik Berliński". Niestety nie miałem okazji spotkać się z Polakami. Owszem spotykało się sporo polskich nazwisk, ale nic poza tym nie wskazywało na krajan. Wychodząc raz z kościoła słyszałem jak elegancko ubrane panie, pewnie matka z córką, rozmawiają po polsku. Było to dla mnie tak wzruszające i ciekawe zarazem, że śledziłem dokąd pójdą, lecz zniknęły w tłumie. Podczas wykonywania prac miałem też raz wypadek, przewróciłem się i dotkliwie zbiłem kolano. Zaprowadzono mnie do zakładowego punktu sanitarnego. Dostałem zwolnienie na okres trzech tygodni, a potem stanąłem przed komisją lekarską, która orzekła - zdolny do pracy bez odszkodowania. Po kilku miesiącach zmieniłem pracę przenosząc się do Berlin Welten. Do pracy dojeżdżałem miejską koleją. Zmieniłem też miejsce zamieszkania. Niestety nie polepszyłem sobie ani w pracy ani w mieszkaniu. Zbytnio się tym nie martwiłem, bo było wiadomo, że lada dzień mogę być powołany do wojska. O rok starsi ode mnie byli już na froncie, a mój rocznik 1898 mógł być w każdej chwili wezwany. Tak też się stało w samą wigilię 24 grudnia 1916 r. Otrzymałem wówczas wezwanie do wojska na dzień 15 stycznia 1917 r. Był to ładny „prezent" gwiazdkowy. Wkrótce też zrezygnowałem z pracy i pojechałem do domu, aby pożegnać się z rodzicami i w wyznaczonym dniu stawiłem się zgodnie z wezwaniem na Beziers Komando tj. Wojskowa Komenda Rejonowa Berlin Schoneberg. Tak się skończył mój pobyt w Berlinie, przez który kilkakrotnie przejeżdżałem, ale nigdy nie zatrzymałem się z braku czasu. Ostatni raz przejeżdżałem kilka dni przed Bożym Narodzeniem 1918 r., lecz i tym razem nie mogłem wyjść do miasta, bo panowały niepokojące nastroje rewolucyjne.

^ w górę ^

 

Przymusowa służba w wojsku 1917 - 1918

 

Do wojska niemieckiego zostałem wcielony 15 stycznia 1917 r. mając wtedy 18 lat i dwa miesiące. Wezwany byłem przez Beziers Komando Berlin - Schoneberg, o czym wspomniałem wcześniej. Z Komendy zostałem przydzielony do Infantoine Regiment 143 in Strasburg (143 pułk piechoty). Po sprawdzeniu danych osobowych uformowano nas w dużą grupę liczebnie zbliżoną do batalionu i odtransportowano, ale już pod dowództwem wojska koleją do miejsca przeznaczenia. Transport wyruszył w poniedziałek pod wieczór, a przybył do Strasburga w nocy z wtorku na środę. Miasto wywarło na mnie ponure wrażenie, bo tu obowiązywało całkowite zaciemnienie, gdyż w nim jak i w całej Alzacji ustalono strefę wojenną. Już podczas transportu odczuliśmy dyscyplinę wojskową, a z chwilą wejścia do miasta przybrała ona na sile. Nadmieniam, że miasto leżące blisko granicy francuskiej było wielką fortecą. Cała Alzacja przed 1870 r. należała do Francji, a teraz znajdowała się na terenie Niemiec. Dopiero po I wojnie światowej ta kraina wróciła do Francji. Zaraz po umundurowaniu rozpoczęły się ćwiczenia i z każdym dniem coraz więcej od nas wymagano. Jedynie z okazji urodzin królewskich zwolniono nas od ćwiczeń i w dodatku otrzymaliśmy lepsze jedzenie. Po miesiącu miała miejsce przysięga, a po jej zakończeniu odczuliśmy więcej wolności. Pozostaje faktem, że ja również przyzwyczaiłem się do żołnierskiego życia. Żywienie było jednak niedostateczne, a szczególnie mało przydzielano nam chleba. Co drugi dzień otrzymywaliśmy jeden chleb na dwie osoby. Praktycznie było tak, że chleb dostawaliśmy wieczorem i prawie wszyscy zjadaliśmy go niezwłocznie, czekając na kolejną porcję do następnego dnia. Ja byłem często w lepszym położeniu, bo rodzice przysyłali mi duży bochen chleba z własnego wypieku. Wyszkolenie, czyli przygotowanie na front, przeprowadzano w tempie przyspieszonym, ale z całą dokładnością. Zresztą dbali o to instruktorzy chcąc się wykazać wysokim poziomem, aby uniknąć frontu i nadal w koszarach ćwiczyć rekrutów. Po dwóch miesiącach pobytu ćwiczono nas na poligonie, a 19 marca 1917 r. odbyliśmy manewry daleko od koszar, które trwały dwa dni. Kwatery mieliśmy wtedy u ludzi. Utkwiło mi w pamięci jak jedną noc spędziłem sam, a rano podano zachęcająco wyglądające śniadanie. Patrząc na stół nie wiedziałem jak zacząć. W końcu jednak zdecydowałem się. Z boku przyglądał się konsumpcji człowiek, który po chwili chwycił mnie za rękę i po francusku powiedział, że chleb mam połamać, wrzucić do miski i jeść łyżką. Tam panuje taki zwyczaj, a dziadek jego był Francuzem, bo w Alzacji większość mieszkańców to Francuzi. Po trzech miesiącach pobytu otrzymałem pierwszy urlop. Co za wielką radość, a jaką niespodziankę sprawię rodzicom. Kiedy wyjeżdżałem ze Strasburga była piękna wiosna, drzewa już się zazieleniły. Im bardziej zbliżałem się do domu wiosna jakby się opóźniała. Radość ze spotkania z najbliższymi była przejmująca. Urlop się jednak szybko skończył i nadszedł dzień pożegnania. Pożegnanie z rodzicami było bardzo czułe. Po powrocie do pułku mieliśmy wyruszyć na front francuski, gdzie toczyły się ciężkie walki. 2 czerwca 1917 r. nasz batalion opuścił koszary i 40 kilometrów maszerowaliśmy do Schwartzwald (ciemny las). Są to wysokie góry, pokryte lasem, krajobraz jest naprawdę uroczy. Podgórze gęsto zaludnione, wsie i miasteczka jak malowane, domki wyglądały niemal jak w bajce, a w każdej miejscowości dominował kościółek ze smukłą wieżą. Maszerując u podnóża gór widzieliśmy na drzewach dojrzałe czereśnie, które chętnie zrywaliśmy. Po dwóch godzinach drogi na szczycie gór zastaliśmy śnieg i tam też mieliśmy krótkie ćwiczenia polowe. Następnego dnia tj. 3 czerwca była niedziela. Mieliśmy czas wolny od zajęć, z czego byliśmy bardzo zadowoleni. W poniedziałek z żalem opuściliśmy góry wracając do ponurych koszar. Po dwóch tygodniach znów opuściliśmy koszary, ale tym razem pociągiem i znów udaliśmy się w góry, tym razem Wogezy, w okolice miasta Colmar. Przez Woge-zy przebiegała linia frontu, ale to był akurat stosunkowo spokojny odcinek, gdzie od dłuższego czasu nie toczyły się walki. Rzadko było słychać wystrzały artyleryjskie. Skierowano nas tutaj celem przystosowania się do ciężkich warunków frontowych, które już wkrótce miały nas spotkać. Z żalem opuściliśmy Wogezy i wróciliśmy do koszar celem uzupełnienia ekwipunku. Po kilku dniach wysłano nas na front francuski w okolicy Laon (Laon, miasto leżące w północnej Francji w departamencie Aisne, w V w. zostało ufortyfikowane przez Rzymian. W X w. stato się rezydencją królewską. Duże zniszczenia spowodowała wojna stulecia, jak również późniejszy konflikt zbrojny francusko-pruski z 1870 r. Znajduje się tam wczesnośredniowieczna katedra Nótre Dame, jedna z największych katedr francuskich, pobudowana w XII w). Jednak nie od razu skierowano nas na linię bojową, tylko kilka kilometrów dalej, gdzie pociski artylerii już nas dosięgały. Od pierwszego dnia pobytu na ziemi francuskiej towarzyszył nam ponury widok. Widzieliśmy spalone wsie i miasta. Nie spotkaliśmy żadnej ludności cywilnej, ani zwierząt. Spustoszenie było wielkie. Chcąc sparaliżować nieprzyjacielskie wojsko obierano sobie pewien odcinek i bez przerwy ostrzeliwano go przez pewien czas siejąc niszczycielskim ogniem, skutek był taki, że wszystko zrównano z ziemią. Formacja moja nie brała jeszcze czynnego udziału w walkach. Pełniliśmy różne funkcje o charakterze frontowym. W tym czasie zostałem wyznaczony do spiesznego szkolenia obsługi ciężkiego kulomiotu. Wymagania były wielkie, gdyż broń tę uważano za osiągnięcie wielkiej rangi, skutecznie odpierające atak nieprzyjaciela. Toteż przeciwnik, gdy natknął się na kulomiot za wszelką cenę starał się to gniazdo zniszczyć. Nadal byliśmy jako rezerwa i lada godzina mogliśmy iść na pierwszą linię frontu, by zmienić już wyczerpanych i zastąpić poległych. W oczekiwaniu nie staliśmy bezradnie, tylko donosiliśmy sprzęt, amunicję, żywność a nawet drut kolczasty do zabezpieczania pozycji. Te wszystkie czynności wykonywano tylko nocą. Za dnia było to niemożliwe ze względu na silny ostrzał nieprzyjacielski. Było to ciężkie zadanie do wykonania, wszystko przenosiliśmy na plecach pokonując niekiedy kilka kilometrów. Jak było możliwe, to niekiedy dwa razy w ciągu nocy przenosiło się ten sprzęt, a czasem ze względu na ostrzał nie mogliśmy się poruszać i zmuszeni byliśmy przesiedzieć najgorszy czas w schronieniu. Bardzo często błąkaliśmy się w ciemnościach i nie mogliśmy zorientować się gdzie się znajdujemy. Jednego wieczora szliśmy z ładunkiem i zauważyłem wówczas dwa konie zabite przez artylerię, a gdy nad ranem wracałem dostrzegłem, że jednemu wykrojono znaczną część zadu. Nie było to nic nowego, bo takie zdarzenia się powtarzały. Doszło nawet do tego, że złapano psa dowódcy kompanii i usmażono go na patelni. To zdarzenie znam z opowiadania. Wielką udręką było zawszawienie. Wszy bardzo dokuczały a szczególnie, gdy się było przemokniętym od deszczu, to wtenczas robactwo przechodziło z bielizny na ciało. Mimo, że co pewien czas odzież była odwszawiana, to po kilku dniach znowu byliśmy zawszawieni i wsza nadal nad żołnierzem panowała. Będąc parę kilometrów za frontem zaproszono nas do kina. Po filmie w tym samym budynku odprawiono mszę św. dla żołnierzy. Pewnego dnia wcale nie spostrzegliśmy się jak znaleźliśmy się na pierwszej linii frontu. Pierwsze dni pobytu w rowach - okopach zrobiły na nas niepokojące wrażenie. Niemal co chwilę miało miejsce bombardowanie, a zaraz potem ział ogień z kulomiotów, tak że nie można było się wyprostować. Co chwilę ktoś był ranny lub nawet zabity. Tak upływał dzień po dniu przy nieprzespanych nocach, aż wreszcie przyszła zmiana i wycofano nas na odpoczynek. Pewnego razu mój kulomiot miał zadanie wysunąć się przed linię frontu na wzgórzu 304. Niemcy nazywali ten odcinek Toter Mann hóhe 305. Francuzi, kiedy nas wyśledzili, to natychmiast ostrzeliwali miejsca obronne i w tej sytuacji nie mogliśmy się ruszyć z miejsca, tak przez dwie doby siedzieliśmy w głębokim dole. Korzystając z chwili ciszy prędko wycofaliśmy się. Będąc pod Verdun (Verdim, miasto położone na terenie Lotaryngii w pótnocno-wschodniej Francji. W 502 r. zostało zdobyte przez Chlodwiga, a w 843 r. podpisano tam traktat dzielący państwo Fran­ków na trzy części. Od X w. znalazło sie w składzie cesarstwa niemieckiego, a w 1522 r. zostało zajęte przez Francję. Znane z niezwykle zaciętych walk pozycyjnych podczas I wojny światowej zakończonych wyparciem wojsk niemieckich przez Francuzów. Posiada zabytki: kościoły, pałace, a w ratuszu z XVII w. mieści się muzeum I wojny światowej).  pod koniec jesieni Niemcy za wszelką cenę chcieli opanować pozycje Francuzów i mieć w posiadaniu ten górzysty teren. Do zbrojnej akcji przygotowywaliśmy się kilka dni. 9 listopada 1917 r. wczesnym rankiem, przystąpiono do ataku. Po długich, ciężkich walkach poprzedzonych silnym ogniem artyleryjskim w południe zdobyli pierwszą pozycję francuską. Nie jestem w stanie opisać tego ataku, ponieważ walka toczyła się ze szczególnym okrucieństwem, obrzucono się ręcznymi granatami, a najbardziej przerażające okazały się miotacze ognia, które wrzucano do schronów. Żołnierze momentalnie wybiegali w panice z przeraźliwym krzykiem, poparzeni prosili o litość i natychmiast się poddawali. Był to straszny widok, który zachowałem w pamięci jeszcze do dziś, po ponad 70 latach od tych wydarzeń i nie chciałbym czegoś podobnego przeżywać. Niemcy stopniowo zdobywali francuską linię na tym odcinku, a w nasze ręce dostało się dużo żywności (konserwy, biały chleb, czekolada). Czekolady w ogóle miałem pełne kieszenie. Jedną ręką obsługiwałem kulomiot, a w drugiej miałem słodycz. W miejscu boju ziemia była zryta od pocisków, wojsko obłocone i przemoknięte. I nagle Francuzi przeszli do kontrataku. Byliśmy tak blisko siebie, że nawzajem obrzucaliśmy się granatami. W pewnym momencie zrobiło mi się ciemno przed oczami, gorąco i jakby następowało omdlenie. Wkrótce też przyszedłem do świadomości, że jestem ranny. Puszkę od maski gazowej miałem otwartą, a gdy się nachyliłem to wówczas wylała się krew i byłem nią oblany. Nie mogłem już obsługiwać kulomiotu, rzuciłem pasek wraz z browningiem na ziemię i resztką sił wycofałem się z linii bojowej szukając punktu sanitarnego. Niespodziewanie spotkałem zabłąkanego żołnierza francuskiego, który był rozbrojony, ale jeszcze nie został wzięty do niewoli. Ten żołnierz udzielił mi pierwszej pomocy. Podał mi rękę i prowadził, a następnie otworzył manierkę, abym się napił, ale nie mając całkowitego zaufania dałem znak, by on to uczynił pierwszy. Dopiero potem zwilżyłem sobie usta. Okazało się, że tym napojem był alkohol. I tak sobie pomyślałem, że Francuzi mają wszelkie dostatki, a w wojsku niemieckim występują duże braki. Krótko po tym zdarzeniu dotarłem do sanitariuszy, którzy zajęli się moim losem. Szlachetnemu Francuzowi wiele zawdzięczam, gdyż on udzielił mi pierwszej pomocy, a za chwilę sam szedł do niewoli. Przypominam sobie jeszcze dziś sympatycznego grubaska, niskiego wzrostu i z małą bródką. Pod opieką sanitariusza dostałem się do punktu opatrunkowego, w którym był już lekarz i personel pomocniczy. Lekarz, który zabezpieczał ranę i głowę z wielkim wzruszeniem mówił: „Kochany człowiecze straciliście lewe oko". Była to dla mnie bolesna informacja i od razu stanęła przede mną czarna przyszłość. Po chwili pojawił się jednak promyk nadziei i wtedy dziękowałem Bogu, że mnie uchronił od większego kalectwa i zostałem przy życiu. Miałem ufność, że już teraz wydostanę się z tego piekła, a wojna dla mnie się skończyła. Przerażało mnie jednak nadal, że jestem kaleką. Do tego schronu opatrunkowego przynoszono coraz więcej rannych. Ja ich nie widziałem, bo miałem obandażowaną głowę, ale słyszałem jęki - oznaki boleści, a nawet przekleństwa, że ich okaleczono. Stopniowo wracałem do świadomości, wciąż jeszcze słyszałem huk artylerii i świst kul od maszynówek. Po kilkugodzinnym pobycie w tym sanitarnym schronie odwożono nas konnymi wozami do szpitala polowego oddalonego od frontu dość daleko. W jednym wozie przewożono czterech rannych w pozycji leżącej, dwóch na dole i dwóch do góry. W tym polowym punkcie medycznym pod namiotem leczenie przebiegało prawie jak w normalnym szpitalu. Tam też zostałem operowany leżąc na stole pod narkozą. Kazano mi liczyć do 10, a przy 9 zasnąłem, kiedy się obudziłem późnym wieczorem to czułem straszny szum w głowie i nieprzyjemny smak w ustach po narkozie oraz wielkie pragnienie, ale do picia nic nie podano do następnego dnia. Jęk i lament rannych znów wywołał smutny nastrój. Pragnę przypomnieć, że ranny zostałem w bitwie pod Verdun. Niemcy ten odcinek nazywali Toter Mann hóhe 304. Na tym odcinku toczyły się prawie nieustannie walki. Niemcy za wszelką cenę chcieli zdobyć Verdun, lecz tego celu nie osiągnęli do końca wojny. Po kilku dniach pobytu w polowym szpitalu rannych przewieziono do pociągu szpitala, w którym zapewniono dobrą opiekę lekarską i właściwe warunki sanitarne. Nie wiedzieliśmy w jakim kierunku pociąg jedzie, ale jedno było pewne, że oddalamy się od linii frontu. Moje łóżko znajdowało się na piętrze i mogłem już teraz przez okno obserwować krajobraz. Widziałem wysokie góry, ciemny las, a potem puste pola, mijaliśmy wsie i miasteczka, ale cały widok nie miał już takiego uroku, bowiem był to już koniec jesieni, a do tego panowały dżdżyste dni. Pociąg dwukrotnie zatrzymał się na dłuższy postój, później dowiedziałem się, że koniecznie trzeba było dokonać operacji ciężko rannego żołnierza. W czasie jazdy przy moim łóżku zatrzymał się lekarz dyżurny, a po zobaczeniu na tablicy mojego nazwiska dość długo się przyglądał, a następnie zaczął rozmowę. Podczas wymiany zdań okazało się, że jesteśmy Polakami, on z Poznania, a ja z powiatu Chodzież. Wkrótce też zaprzyjaźniliśmy się i doznałem od niego szczególnie troskliwej opieki oraz fachowej pomocy medycznej. Po dwóch dobach jazdy pociąg zatrzymał się na dużym dworcu i wnet zorientował się, że jest to Niirnberg (Niirnberg (Norymberga), miasto położone na obszarze Bawarii, liczy okoto 500 tys. miesz­kańców, stanowi ważny ośrodek przemysłowy, handlowy i komunikacyjny. Po raz pierwszy została wymieniona w 1050 r. jako włość cesarska, lata rozkwitu przypadły na XV-XVI wiek. Po II wojnie światowej toczył się proces przed międzynarodowym trybunałem spra­wiedliwości. Z zabytków zachowały się kościoły z rzeźbami Wita Stwosza, renesansowe ka­mienice, zamek). Po dłuższym postoju rozpoczęto wynoszenie rannych na noszach i układano w szeregu na peronie. Wkrótce też zgromadziło się sporo ludzi, którzy z ciekawością nam się przyglądali. Wśród nich byli i tacy, którzy ubolewali nad naszym losem i wyrażali żal z tego powodu, co się stało. Po dość długim oczekiwaniu odwieziono mnie do szpitala na ulicy Siel - Strasse. Tam spotkałem się za towarzyszami niedoli, którzy podobnie jak ja doznali różnych obrażeń. Naczelnym lekarzem był Ślązak o polskim nazwisku, którego już nie pamiętam. Opiekę zapewniały nam pielęgniarki świeckie, chociaż w tamtych czasach przeważały siostry zakonne. Do każdego obiadu podawano kufel piwa, z którego zrezygnowałem. Nadmieniam, że w Bawarii, gdzie akurat się znajdowałem, piwo podaje się zwyczajowo przy każdej okazji. Po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu otrzymałem przepustkę do miasta. Idąc ulicami coraz bardziej odczuwałem brak lewego oka, co chwilę zderzałem się z przechodniem, albo ze słupem lub z narożnikiem domu. Po wygojeniu rany oczodołu wstawiono mi protezę - sztuczne szklane oko. Było to bardzo dokuczliwe przy noszeniu i dotkliwie urażało, tak że co chwile musiałem je wyjmować, następnie znów wkładać i powoli przyzwyczajać się do stanu kalectwa. Pobyt w szpitalu nie był nudny. Codziennie przywożono rannych, w tym wielu podobnych do mnie. Poznawałem nowych ludzi, dużo też czytałem, bo wszystko mnie ciekawiło. Raz odwiedził mnie ksiądz katolicki i długo ze sobą rozmawialiśmy. Należałem w dalszym ciągu do jednostki wojskowej jak w okresie bitwy pod Verdun tj. Infantire Regement 215 III Maschienengegewager Komp. 46 Reserwe Division (215 pułk piechoty III komp. kulomiotów). Pułk posiadał swój baon zapasowy w miejscowości Liibeck (Liibeck (Lubeka), miasto niemieckie w kraju związkowym Szlezwik-Holsztyn. Posiada pra­wo lokacyjne od 1158 r., a w 1160 r. stało sie siedzibą biskupstwa. Od XIV w. było kierowni­czym ośrodkiem Hanzy niemieckiej. W 1815 r. weszło w skład Związku Niemieckiego (od 1871 r. w Rzeszy). Jest ważnym ośrodkiem turystycznym, posiada cenne zabytki sztuki sa­kralnej. Tutaj znajduje się m.in. dom Mannów). Z końcem listopada 1917 r. zostałem zwolniony ze szpitala i skierowany do baonu zapasowego w Liibeck, który jest starym miastem portowym w północno zachodnich Niemczech. Po przybyciu do jednostki przydzielono mnie do kompanii ozdrowieńców, która składała się przeważnie z kalek zwolnionych ze szpitala i tutaj mieliśmy zapewnioną dalszą opiekę medyczną. Wkrótce też w Liibeck otrzymałem urlop, który pomyślnie przypadł akurat w okresie Bożego Narodzenia. Do domu przyjechałem całkiem niespodziewanie. Wchodząc do mieszkania spotkałem w drzwiach matkę, która na mój widok zapłakała. Były to łzy radości i smutku. Po przywitaniu matka nadal ubolewała nad moim kalectwem. Święta i następne dni szybko minęły i po dwutygodniowym urlopie znów trzeba było wracać do szarego życia żołnierskiego. W międzyczasie do Liibeck przybyło tylu zwolnionych ze szpitala żołnierzy, że nie mogli się pomieścić w koszarach i tych niejako nadliczbowych umieszczano w kwaterach prywatnych. Ja również mieszkałem u jednej rodziny z wyższych sfer. Po pewnym czasie odwołano mnie do koszar, gdzie pełniłem różne czynności, a m. in w kuchni obierałem ziemniaki. Po kilku tygodniach formowano nowy transport na front do Francji. Również i mnie wytypowano do udziału w dalszych walkach, ale stanowczo zaprotestowałem, mocno podkreślając swoje inwalidztwo. W tej sytuacji decyzję cofnięto i nadal zostałem w koszarach. Wkrótce przeniesiony zostałem do 163 pułku piechoty w Neumiinster (miasto znajdujące się w zachodnich Niemczech w kraju Szlezwik-Holsztyn. Prawa miejskie otrzymało w 1870 r. Liczy ponad 100 tys. mieszkańców. Stanowi ważny węzeł komunikacyjny),  jako zdatny jedynie do służby garnizonowej. Stamtąd zostałem odkomenderowany do Lockstedter Lager niedaleko Neumiinster. Locksteder Lager był wielkim poligonem doświadczalnym. W obozie tym odbywał się kurs dla oficerów jako dla przyszłych dowódców kompanii. Taki kurs trwał w granicach od 2 do 3 miesięcy. Każdemu oficerowi przydzielano ordynansa. Było nas około 30 ordynansów. Obowiązkiem każdego z nas było utrzymać w czystości pokój, obuwie, odzież jak również dbać o stan broni przyszłego oficera, ale gorzej kiedy należał on do ludzi pedantycznie wymagających. W lipcu 1918 r. otrzymałem ponownie dwutygodniowy urlop, ale nie miałem wówczas żadnego zadowolenia, bo już w pociągu podczas podróży poważnie zachorowałem. Idąc z dworca, 8 km pieszo do domu, czułem się bardzo słabo i kilka razy musiałem przy drodze odpoczywać, co przynosiło mi ulgę. Kiedy dotarłem do domu niezwłocznie położyłem się do łóżka. Tak przeleżałem prawie do końca urlopu. Zaznaczam, że w wojsku panowała epidemia zwana hiszpańską chorobą. Urlop już się kończył, a ja nadal byłem chory, jak wstałem z łóżka to szedłem chwiejnym krokiem. Powróciwszy do jednostki wojskowej zastałem już nowy kurs dla kandydatów na oficerów. Znów byłem ordynansem u życzliwego oficera w wieku około 30 lat. 30 września 1918 r. otrzymałem smutny telegram informujący, że mój brat Roman zmarł. Na podstawie tej wiadomości otrzymałem ponownie urlop. Wiadomość o śmierci brata była dla mnie czymś bardzo bolesnym, tym bardziej, że nie dożył on 23 lat. Uległ wypadkowi przy pracy. Jadąc na pogrzeb przez Berlin wstąpiłem do siostry Rózi, która tam przebywała i stamtąd już razem jechaliśmy do domu. Kiedy dotarliśmy na miejsce to zwłoki brata nie były jeszcze przywiezione, bo brat zmarł w Nakle w szpitalu, 30 kilometrów od domu, a obowiązywał przepis, że ciało zmarłego można było przewozić tylko nocą. Po urlopie otrzymanym w związku z pogrzebem bliskiej mi osoby znów wróciłem do jednostki nie przeczuwając, że za miesiąc znów otrzymam wypis i to już na zawsze z powodu zakończenia wojny. Wróciwszy po pogrzebie do koszar zastałem tam kolosalne zmiany. Nastąpiło wyraźne rozluźnienie dyscypliny, mniejszym szacunkiem darzono przełożonych, a na murach pojawiły się rewolucyjne hasła o charakterze antypaństwowym. Spośród wielu haseł szczególnie zapamiętałem następujące: Gleiche Lóhnung gleiches essen wahr der Krieg schon langst vergessen (równy żołd, równe jedzenie, wojna byłaby już dawno zapomniana). Również i swoją wymowę miał inny napis sugerujący podpisanie pokoju: Urlaub oder Frieden, sonst gehen nach driiben (urlop albo pokój, bo przejdziemy na drugą stronę). Takie hasła zawierające groźbę lub ośmieszające władzę wywoływały zamęt. Coraz głośniej mówiono o konieczności zakończenia wojny, a bunt w wojsku stawał się coraz większy. W pierwszych dniach listopada 1918 r. nagle z koszar zniknęli wszyscy oficerowie. Mówiono, że mają nocne ćwiczenia. Tego typu zajęcia bez żołnierzy były dla nas bardzo podejrzane. Tymczasem oficerowie musieli być dobrze poinformowani, gdyż nad ranem 5 listopada wszyscy po prostu zniknęli w momencie, kiedy na terenie Niemiec zaczęła narastać rewolucyjna fala. Wśród żołnierzy zapanowała wielka radość. Każdy zaczął działać na swój sposób. Rozbito magazyny, więcej zniszczono niż odniesiono korzyści. Wkrótce powstała też Rada Żołnierska, której się podporządkowaliśmy. 7 listopada otrzymałem urlop od tej Rady. Nadmieniam, że w niedalekim Kieł (Kilonia, stolica kraju związkowego Szlezwik-Holsztyn w Niemczech. Prawa miejskie otrzymało w 1242 r., członek Hanzy. W latach 1460-1864 znajdowało się pod panowaniem duńskim. Liczy ok. 300 tys. mieszkańców. Stanowi ważny ośrodek przemysłowy). 3 listopada wybuchła rewolucja, zapoczątkowana przez miejscowych marynarzy. Kto się przyłączył do rewolucji, to chodził bez paska, bez naramienników i emblematów na czapce. Mając już w kieszeni bezpłatny bilet na pociąg odjechałem pospiesznie w kierunku Hamburga (Hamburg, leży w Niemczech nad Łabą. Liczy około 2 mln mieszkańców, stanowi siedzibę niektórych urzędów centralnych. Jest wielkim ośrodkiem przemysłowym (głównie przemysł stoczniowy, maszynowy, elektrotechniczny, chemiczny, poligraficzny). Hamburg to jedno z centrów przemysłowych Niemiec (szkoły wyższe, instytuty naukowo-badawcze, obserwatorium astronomiczne, planetarium). Podziwiać można ogród zoologiczny Hagenbecka, jeden z największych w Europie). Na dworcu tego miasta wyczuwało się już bardzo napiętą sytuację. Otóż jakiś pułk nie podporządkował się rozkazom władz rewolucyjnych odmawiając wykonania fachowego zadania. Wkrótce jednak napięcie zmalało. Przez kilka godzin czekałem na kolejny pociąg w kierunku Berlina. W wagonie znowu czekała niespodzianka polegająca na bardzo ostrej kontroli wojskowej. Żołnierze, którzy posiadali dokumenty wystawione przez Radę Żołnierską zostali aresztowani i wyprowadzeni na peron, ale wkrótce zaniechano dalszych zatrzymań, gdyż dotarła wiadomość, że w Berlinie też wybuchła rewolucja, a sam cesarz Wilhelm II zbiegł do Holandii. Po brutalnej kontroli przeprowadzonej przez wojsko pociąg już bez żadnych przeszkód dojechał do Berlina. Na dworcu panował wielki tłok. Dominował nade wszystko chaos. Nie było żadnych służb porządkowych. Pociągi były przepełnione do tego stopnia, że wracający z frontu żołnierze wychodzili na dachy wagonów lub stali na stopniach trzymając się klamki u drzwi. Obsługa pociągu widząc taki stan wzbraniała się przed odjazdem, ale znaleźli się bardziej odważni żołnierze, którzy wtargnęli do lokomotywy i karabinem zmusili maszynistę do jazdy. Mój ponowny powrót do domu stanowił niespodziankę, gdyż tutaj nic nie wiedziano o ostatnich wydarzeniach rewolucyjnych na terenie Niemiec. Musiałem więc szczegółowo opowiadać o zajściach, które w minionych dniach miały tam miejsce. Następnego dnia dotarła wiadomość o zakończeniu wojny. Radość dla wszystkich była ogromna, a szczególnie dla tych, którzy szczęśliwie wrócili do domu. Jednak w rodzinach, które straciły na wojnie ojca, męża lub syna dominował smutek i ból. Z końca wojny szczególnie zadowoleni byli Polacy, gdyż spodziewali się, że klęska Niemiec rokuje dobrą przyszłość dla naszego narodu. Rozumiano, że zaistniały podwaliny do zmartwychwstania państwa, o czym coraz częściej wśród Polaków się mówiło. Mój dwutygodniowy urlop już się skończył, a ja ciągle pozostawałem w domu. Zdecydowałem się jednak wrócić do jednostki celem otrzymania formalnego zwolnienia z wojska i uzyskania stałej renty. W koszarach pełno było żołnierzy, którzy wykazywali coraz słabszą dyscyplinę i brak należytej subordynacji. Ciągle też napływały z frontu nowe transporty żołnierzy. Zwolnienia z wojska nie mogłem się doczekać, bo najpierw wypisywano starsze roczniki, a sytuacja ciągle pozostawała napięta. Pewnego dnia podczas apelu zachęcano, aby zgłaszali się ochotnicy do obrony granicy wschodniej, ale z wyraźnym zastrzeżeniem: Mannschaften und Ofizire der Polnischen Nationalitat kommen nicht in frage (oficerów i żołnierzy polskiej narodowości nie przyjmuje się). Chciałem wydostać się z północno - zachodnich Niemiec i być w Poznańskiem, ale przy polskim rodowodzie nie miałem szans na uzyskanie przydziału do korpusu ochrony granicy wschodniej. Tymczasem zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, a ja natarczywie starałem się o urlop. Wkrótce go też otrzymałem i szczęśliwie wróciłem do swoich. Byłem razem z rodzicami, ale nastrój panował smutny, trzy miesiące temu zmarł bowiem mój jedyny brat, a siostry Władzia i Rozalia przebywały z dala od domu. Matka szczególnie ubolewała nad Rozalią, która była głuchoniema. Zaraz po świętach zaczęły docierać mgliste wieści, że Polacy w Poznaniu rozpoczęli powstanie i całe miasto znajduje się w ich rękach. Niejednokrotnie jednak informacje były sprzeczne Radia nie było. Jedyny środek informacji stanowiły gazety, ale te nie ukazywały się z powodu zamieszek i radykalizacji nastrojów. Każdy dzień przynosił nowe wiadomości, że Polacy się wyzwalają i rozbrajają Niemców, a powstanie się rozszerza na nowe tereny. Różne instytucje i urzędy stopniowo przechodziły w nasze ręce. Z godziny na godzinę coraz bardziej solidaryzowałem się z powstańcami i pragnąłem jak najszybciej znaleźć się wśród walczących. Tymczasem mój urlop dawno już się skończył, a ja powinienem wrócić do jednostki, która nadal znajdowała się w Neumunster na północ od Hamburga. Powrót do wojska odkładałem z dnia na dzień, a z każdą niemal chwilą przychodziły nowe wiadomości o powstaniu. Chcąc dowiedzieć się czegoś konkretnego 7 stycznia 1919 r. udałem się pieszo do Białośliwia, położonego w odległości 15 kilometrów od miejsca zamieszkania, aby od mojego stryja uzyskać jakieś informacje. Przechodząc obok dworca w Białośliwiu zamierzałem tam wejść, aby zapoznać się z rozkładem jazdy pociągów w kierunku Berlina. Z daleka zauważyłem na stacji dużą grupę mężczyzn pilnowanych przez wojsko i uzbrojonych niemieckich cywilów. Niebawem zorientowałem się, że mężczyźni byli Polakami, którzy poszli za przykładem Poznania, ale ulegli przewadze uzbrojonych Niemców. W ukryciu obserwowałem jak odwożono ich w kierunku Piły. U stryja dowiedziałem się o przebiegu całego zajścia. Wracając do domu postanowiłem, że nie pojadę już do jednostki, aby załatwiać ostateczne zwolnienie z wojska i rentę. Wierzyłem, że powstańcy zwyciężą, a JA CHCIAŁEM PRZEŻYWAĆ ZMARTWYCHWSTANIE POLSKI, na którą tak długo czekaliśmy i tak gorąco jej pragnęliśmy. Mój przedłużający się pobyt w domu był dla miejscowych Niemców bardzo podejrzany. Cywilni Niemcy systematycznie się dozbrajali, wszędzie wystawiali posterunki i patrole. Nad ranem 12 stycznia 1919 r. zauważyłem jak trzech uzbrojonych Niemców przechodziło się w pobliżu naszego domu, którzy rozmawiali i bacznie obserwowali obejście. Dla mnie był to sygnał ostrzegawczy. Ogarnęło mnie gorące pragnienie przedostania się do powstańców. Tego samego dnia korzystając z chwili nieuwagi posterunku szybkim krokiem wyszedłem z domu, a kiedy znalazłem się w zagajniku za pagórkiem, odetchnąłem i niezwłocznie udałem się do Jaktorowa. Tutaj już czuło się powstanie. Była niedziela. W kościele dowiedziałem się, że w Gołańczy (Gołańcz, miasto w woj. poznańskim na Pojezierzu Gnieźnieńskim, prawa miejskie otrzymało w XVI w. Mieszkańcy bardzo aktywnie uczestniczyli w Powstaniu Wielkopolskim 1918 - 1919. Pełni rolę ośrodka usługowego wobec rolnictwa regionu).   znajduje się już oddział powstańców. W ową pamiętną niedzielę wieczorem ruszyłem drogą przez lasy w kierunku Gołańczy, aby jak najszybciej dotrzeć do walczących. Rozpoczynał się nowy etap życia.

^ w górę ^

 

Powstańczym szlakiem

 

W tamtą szczególną niedzielę 12 stycznia 1919 r. w Jaktorowie po nabożeństwie na zwołanym zebraniu w salce parafialnej dowiedziałem się bardzo dużo o powstaniu i gołanieckim oddziale, do którego można było się zgłaszać. Po zakończeniu wiecu udałem się jeszcze na chwilę do domu, aby się pożegnać z rodzicami. Pożegnanie znów było czułe. Co prawda wojna się skończyła, ale rozpoczynała się znów nowa walka, szedłem w nieznane. Rozłąka była dla rodziców i osobiście dla mnie bardzo ciężka. Gdy zapadł zmrok przekradłem się przez patrol i znalazłem się we dworze w Jaktorowie, gdzie zebrało się już kilku Polaków. Niebawem fornalką zaprzężoną w cztery konie jechaliśmy pod osłoną nocy do Gołańczy. Komendant miasta skierował nas na strzelnicę Bractwa Kurkowego. Tutaj w salce na słomie przygotowano noclegi dla zamiejscowych. Trudno było coś lepszego wymagać, zresztą byliśmy przyzwyczajeni do takiego spania pod kocem i na słomie. Niemal wszyscy nie tak dawno byliśmy żołnierzami armii pruskiej, a do tego część znalazła się kiedyś na pierwszej linii frontu pod Verdun. Po przespanej nocy w ramach rekonesansu ruszyliśmy na miasto, ale już wkrótce wciągnięto nas na listę, przydzielono broń, a następnie odbyły się krótkie ćwiczenia pod polską komendą. Sporo wyrazów komendy nie rozumieliśmy, ale wnet zorientowaliśmy się co oznaczają. Następnego dnia trwało przygotowanie do ataku na odcinku Chodzież – Szamocin - Lipia Góra. Walka rozpoczęła się w środę 15 stycznia w godzinach rannych i trwała prawie do wieczora. W bitwie wzięły udział następujące jednostki: Batalion Wągrowiecki, Kampania Gołaniecka i Powstańcy z Margonina. Walczyliśmy z przeważającym pod względem liczebności i uzbrojenia wrogiem tj. regularnym wojskiem oraz dobrze wyposażonymi kolonistami niemieckimi. Nasza akcja nie przyniosła jednak spodziewanego zwycięstwa i cofnięto nas na poprzednie pozycje. W ciągu dnia stoczyliśmy kilka potyczek, pokonując wielką przestrzeń prowadziliśmy boje od Szamocina aż po Chodzież. Później cofaliśmy się w kierunku Margonina. Tutaj Kompania Gołaniecka zatrzymała się nocą na sali u państwa Bynaszkiewiczów, aby nieco odpocząć. Następnego dnia podążyliśmy do wioski Lipiny, w której większość stanowiły gospodarstwa niemieckie. Nasza grupka otrzymała kwaterę u Polaka, który prócz gospodarstwa rolnego prowadził piekarnię. Wspominam to dlatego, ponieważ miał on czeladnika piekarskiego, Niemca, który zamiast w łóżku spał w dzierży do ciasta i ten człowiek zaśpiewał nam piosenkę: „Walecznych tysiąc opuszcza Warszawę". Melodia i treść dały nam otuchę do dalszej walki o Polskę. W Lipinach kwaterowaliśmy przez kilka dni pełniąc służbę na posterunkach jako patrole zwiadowcze, rozciągające się w kierunku Morgonina, którego nie dało się nam utrzymać. Miasteczko zostało zajęte przez Grenzschutz (Grenzschutz, niemieckie formacje zbrojne działające w latach 1918 - 1929 w Wielkopolsce, na Górnym Śląsku i Pomorzu. Zwalczały one polski ruch narodowo – wyzwoleńczy). Następnie wezwano nas ponownie do Gołańczy i tu zastaliśmy już dowództwo Kompanii Gołanieckiej na czele z porucznikiem Bartschem. Obowiązywała tutaj wojskowa karność, do której wszyscy się zastosowali. Dyscyplinę znaliśmy już dobrze z okresu służby w armii pruskiej. Codziennie odbywały się ćwiczenia, a także pełniliśmy służbę na posterunku. W wolnych chwilach tutejszy organista Antoni Dzierbiński uczył nas śpiewać religijne i wojskowe piosenki. Chętnie z tego korzystałem, bo my Polacy mieszkający nad Notecią nigdy tych piosenek nie słyszeliśmy. Te spotkania służyły także lepszemu posługiwaniu się językiem ojczystym. Niemcy wkrótce zauważyli moje zniknięcie z domu. Uzbrojeni nachodzili dom rodzinny i ojca hardym głosem pytali, gdzie znajduje się syn. Ojciec odpowiadał, że wyszedł z domu i nie wrócił. Wówczas jeszcze bardziej podnosili głos i mówili, że poszedł do Pollaken Polnische Bandę. Ojciec spokojnie i z pewną ironią w głosie dziękował za informację. Niemiec w przypływie wściekłości dodał jeszcze, że syn leży martwy przy wiatraku. Takim stwierdzeniem rodzice się bardzo przerazili, tym bardziej, że poprzedniego dnia powstańcy w tym rejonie zaatakowali wieś, ale wnet się wycofali. Rodzice byli zmartwieni, ale wkrótce się przekonali, że informacja jest nieprawdziwa. W Gołańczy dobrze upływał czas. Najbardziej serdeczna atmosfera panowała w domu państwa Kemmitzów przy Rynku, gdzie zawsze było rojno i gwarno. Często zwoływano zbiórki na Rynku i zbierała się wówczas wielka rzesza ludzi, ale jak trzeba było obstawić posterunki to ochotników niejednokrotnie brakowało. Wtedy udawano się do strzelnicy, bo tam byli powstańcy zawsze gotowi do służby. Z rodzicami nie miałem żadnej łączności, bo Lipia Góra nadal znajdowała się w rękach niemieckich. Przez rok i 10 dni rodzice nic o mnie nie wiedzieli, chociaż byliśmy niedaleko od siebie. 27 stycznia 1919 r. ogłoszono alarm, włączono syreny, ale niebawem okazało się, że to nie do boju, tylko palił się młyn. Był to dzień urodzin kaisera króla Wilhelma, cesarza Niemiec. Przed rokiem obchodzono ten dzień z wielką paradą, szczególnie w wojsku, wierzono mocno, że Niemcy wojnę wygrają, a dziś sytuacja była zgoła odmienna. Cesarz uciekł do Holandii, runęła jego potęga i Niemcy przegrali wojnę. Polska powstawała tymczasem by żyć. Rok temu taka myśl wydawała się mało prawdopodobna. Upłynęły znów cztery dni bez żadnych istotnych wydarzeń, aż tu nagle wieczorem ogłoszono alarm dla powstańców. Na miejsce zbiórki wyznaczono Rynek. Pośpiesznie uformowano oddziały, podzielono je na sekcje, dano instrukcje i hasła. Wozy do przewożenia sprzętu już stały gotowe, a wystawili je więksi gospodarze. Było to 31 stycznia 1919 r. Odczuwaliśmy pewien lęk, a jednocześnie uwydatniał się zapał do walki, do wielkich czynów. Kiedy już siedzieliśmy na wozach i konie ruszyły biegiem, brać powstańcza z wielkim entuzjazmem śpiewała. Chciałem upamiętnić to wierszem „Alarm jest w Gołańczy", ale później nie dane mi już było wierszyk ułożyć. Żaden historyk nie jest w stanie opisać tego powstańczego zapału i patriotycznego nastroju, jeżeli sam tego nie przeżywał. Jechaliśmy do Smogulca i mieliśmy za zadanie obstawić odcinek z prawej strony szosy w kierunku Osieka aż do Noteci. Na tym odcinku staliśmy bez przerwy przy silnym mrozie i w śniegu przez całą noc, aż do godz. 10 rano bez posiłku. Ponieważ żadna zmiana nie nadeszła, udaliśmy się do pobliskiej wioski Mieczkowo na posiłek i celem ogrzania się. Wiedziałem, że w tej miejscowości mieszka dalsza rodzina mojego ojca, której nie znałem, ale wkrótce ją odnalazłem. Otrzymałem rękawice, bo moje ciepłe skórkowe zgubiłem podczas ataku pod Chodzieżą. Tego samego dnia wróciliśmy do Smogulca. Powstanie znalazło się w niebezpieczeństwie, gdyż od strony Bydgoszczy ruszyła wielka ofensywa niemiecka. Drugiego lutego nic nie wskazywało na uderzenie ze strony Niemców. Wolni od zajęć udaliśmy się do kościoła, lecz w czasie nabożeństwa usłyszano pojedyncze strzały i wówczas spiesznie opuściliśmy świątynie, ale nic nie wskazywało nadal na silny atak ze strony wroga. Dopiero po południu padły dwa pociski artyleryjskie, które wywołały duży popłoch wśród mieszkańców Smogulca. Wszyscy powstańcy znajdujący się tutaj wyruszyli w kierunku Smoguleckiej Wsi tworząc szeroką linię i oczekując uderzenia. Tak staliśmy do późnego wieczora. Następnego dnia rano Niemcy zaatakowali Szubin i Kcynię, linię bojową rozciągnęli w pasie nadnoteckim aż po Smogulec. Od strony Gromadna -Kowalewka dochodziło do ostrej wymiany strzałów. Obsługiwałem wtedy karabin maszynowy, gdyż byłem z tą bronią obeznany poprzez stosowne wyszkolenie w armii niemieckiej. Karabin maszynowy uchodził za bardzo skuteczną broń. Gdy nieprzyjaciel spostrzegł karabin starał się za wszelką cenę go zniszczyć. Moja maszynówka mocno ostrzeliwała wroga i to dość długo. W pewnym momencie dostałem się pod silny ogień tak, że mój kulomiot został uszkodzony i niezdolny był do dalszego strzelania, a my spiesznie musieliśmy zmienić pozycję. Wydawało mi się, że jestem ranny, że zostałem trafiony. Kiedy strzelanina ustała ujrzałem, że lewy mankiet od płaszcza jest przedziurawiony i także ucierpiały przechowywane tam dokumenty. Powstańcy wykazali się odwagą i męstwem utrzymując zdobyte tereny. Po zwycięskiej bitwie pod Kcynią stoczoną 3 lutego udaremniono Niemcom ich plany ofensywne. Po ustaniu walk nasza kompania znów wróciła do Smogulca. Posiadam grupowe zdjęcie z tamtych dni. W Smogulcu trwaliśmy w stanie ostrego pogotowia wystawiając posterunki bojowe i patrole zwiadowcze. Niebawem większy oddział ze Smogulca wyruszył na zwiady do Mieczkowa za lasem w kierunku Noteci. W lesie zauważyliśmy dwóch poległych Niemców. Wskazywało to, że krótko przed nami był już tutaj inny oddział powstańców i stoczył walkę. W niedzielę 16 lutego 1919 r. dzień był pogodny przy znacznym śniegu i lekkim mrozie. Nasza kompania została skierowana na inny odcinek frontu do miejscowości Kowalewo pod Margoninem. Pieszo szliśmy około 20 kilometrów. Na tym odcinku panował spokój i tylko pełniliśmy posterunki, a także zachowywaliśmy wzmożoną czujność. Tak trwaliśmy do końca lutego, a kwatery zapewnili nam miejscowi gospodarze wraz z pełnym utrzymaniem. Na kilka dni wezwano nas do Gołańczy, a potem przebywaliśmy w Chojnie (6 km na północ od Gołańczy), a w odległości 8 kilometrów znajdowali się już Niemcy. Należało zachować wzmożoną ostrożność i ciągle obserwować las, który dzielił nas od wroga. Kwatery mieliśmy znów u ludności z tej wsi. W środę 19 lutego odkomenderowano nas na odcinek pod Margoninem do opuszczonego małego folwarku Orfela. Nie było tam ludności i żadnego dobytku. W tym opuszczonym gospodarstwie staliśmy na straży, a było to na linii frontu, bowiem niedaleko od nas stali Niemcy. Wróg nie atakował, ale czujność była konieczna. Nagle ogłoszono alarm, wszyscy wybiegliśmy naprzeciwko Niemcom, ale do walki nie doszło. Podczas powrotnej drogi na stanowiska padł strzał ciężko raniąc Pawła Trojanowskiego, pochodzącego z Białośliwia. Był to mój dalszy krewny, którego poznałem na krótko przed nieszczęściem, mówił słabo po polsku, jednak czuł się Polakiem. Przekroczył linię frontu z narażeniem życia i wstąpił do oddziału powstańczego. Ciężko rannego przewieziono do szpitala w Poznaniu i tam zmarł z daleka od domu. Nawet rodziny nie można było powiadomić, gdyż Białośliwie znajdowało się jeszcze w rękach niemieckich. Kilka dni po tym wydarzeniu przerzucono nas do Szubina niby na odpoczynek, tak że na same Święta Wielkanocne kwaterowaliśmy w wiosce Wolwark na trasie Szubin - Kcynia. Zaraz po świętach zachorowałem i przez kilka dni leżałem w szpitalu w Szubinie, z którego wysłano mnie do Poznania po sztuczne oko. Po powrocie z Poznania natychmiast zgłosiłem się do swojej kompanii. Pierwszego maja odmaszerowaliśmy do Samoklęsk Dużych. W święto 3 maja zawezwany zostałem do dowódcy porucznika Sobierskiego. Byłem trochę zdziwiony tym niespodziewanym wezwaniem. Dowódca wyznaczył mnie na ordynansa i odczytał szereg obowiązków wynikających z otrzymanej funkcji. Stanąłem na baczność i oświadczyłem, że służbę przyjmuję. Było to dla mnie wielkie wyróżnienie. Zostałem zwolniony od wszelkich wojskowych ćwiczeń, ale spadły za to na mnie inne obowiązki. Ordynans jak matka w domu starał się o porządek w kwaterze dowódcy, troszczył się o jego rzeczy osobiste, dostarczał posiłek. 28 maja nasza kompania przebywała w Skrzetuszu, blisko Połajewa - Ryczywołu. Kwaterowaliśmy w majątku we dworze. Z tamtego pobytu przypomina mi się śmieszna sceną. Otóż w podwórzu tego majątku było małe jeziorko i dwa osiołki. Żołnierze widząc osiołki urządzili sobie zabawę, siadali na nie i gwizdali. W pewnym momencie osiołkom zabrakło cierpliwości i jak na komendę ruszyły do stawku wrzucając żołnierzy do wody. Wywołało to burzę śmiechu, a zdenerwowane osiołki pobiegły w stronę stajni. W Zielone Świątki, które przypadły 8 czerwca kompania odmaszerowała do miejscowości Ryczywół, a po Bożym Ciele do Paterka pod Nakłem. Tutaj przed naszym przybyciem toczyły się walki, kilka budynków zostało doszczętnie zniszczonych. Nieco później walki ustały, ale front nasz i niemiecki były tak blisko siebie, że posterunki, szczególnie w godzinach wieczornych, obrzucały się wrogimi okrzykami. Na początku lipca wycofano nas do Roztrzębowa koło Kcyni. W niedzielę 13 lipca mieliśmy przysięgę w tamtejszym kościele. 21 lipca udaliśmy się pieszo do Wągrowca, dotarliśmy tam 25 lipca, a następnie 26 lipca jechaliśmy już do Gniezna. W Gnieźnie mieliśmy mały odpoczynek, tu bowiem zebrały się wszystkie kompanie, aby czwarty pułk mógł wyruszyć na front wschodni. Naszą kompanię włączono do III batalionu, jako 12 kompanię tego pułku. Kilkudniowy pobyt w Gnieźnie był miły i na zawsze pozostały sympatyczne wspomnienia z tamtego postoju. Jako ordynans często spotykałem się z serdecznością. Kwaterowałem wraz z dowódcą kompanii na ulicy Chrobrego blisko Rynku, u bogatego kupca. Mimo wszystkich dowodów wdzięczności okazywanych polskiemu wojsku było mi smutno. Sporo towarzyszy broni otrzymało krótki urlop, do wielu przyjechali krewni, a ja i kilku żołnierzy z naszej wioski nie mieliśmy żadnej łączności z rodzinami, gdyż znajdowały się po drugiej stronie frontu. Z tamtych pamiętnych dni zachowałem zdjęcie z trzema żołnierzami, braćmi: Antoni, Franciszek i Władysław Wika, mieszkającymi w sąsiedztwie mojego domu rodzinnego. Połączył nas wspólny los i to dodawało nam otuchy. Społeczeństwo Gniezna urządziło nam majówkę poza miastem, bawiono się aż do wieczora, a potem wracaliśmy w dobrym nastroju ze śpiewem i muzyką na swoje kwatery. Następnego dnia pułk ustawił się na Rynku. Przystrojone zostały domy, ustawiono ołtarz polowy, ksiądz odprawił mszę św. Miało to głębokie znaczenie duchowe. Tego samego dnia tj. w piątek 1 sierpnia 1919 r. wieczorem, pułk żegnany przez ludność, odjechał koleją na wschód, by wziąć udział w wojnie, którą Rosja prowadziła z Polską już od lutego 1919 r.

^ w górę ^

 

^ w górę ^

 

Udział w wojnie z Rosją

 

Kilka dni byliśmy już w drodze, męczyły nas długie postoje na małych stacjach. Nieszczęśliwa Polska ledwo co powstała i już pogrążyła się w nowej wojnie. Po kilku dniach przybyliśmy na Białoruś, ale nazwy stacji nie pamiętam. Niezwłocznie przystąpiliśmy do swoich zadań. Po całodniowym marszu znaleźliśmy się zupełnie blisko linii frontu. Wczesnym rankiem 8 sierpnia 1919 r. III batalion zaatakował rosyjskie pozycje. Po godzinnej ciężkiej walce przerwano front i kompania posuwała się naprzód z zamiarem zdobycia Mińska. Jednak po opanowaniu kilku mniejszych miejscowości natrafiono na silny opór ze strony nieprzyjaciela. Położenie nasze było bardzo trudne. Po dłuższej strzelaninie nieprzyjaciel znów ustąpił. Kilkakrotnie jeszcze staczano potyczki z wrogiem, który zaskoczony szybkością działania nie stawiał już większego oporu. Pod wieczór wkroczyliśmy do Mińska. Tutaj zastaliśmy już polskie wojsko przybyłe z innych stron. Byliśmy mocno wyczerpani całodziennym marszem i walkami. Długość marszu obliczono na 40 wiorst, czyli ponad 40 kilometrów. W Mińsku nie było żadnego odpoczynku. Całą noc pełniłem straż. W południe następnego dnia opuściliśmy miasto i kilka kilometrów dalej zarządzono jednodniowy odpoczynek. W ciągu następnych kilku dni pułk walczył z mniejszymi oddziałami i tak doszliśmy do węzła kolejowego Osipowicze. W godzinach popołudniowych w warunkach wojennego trudu wkroczyliśmy do Bobrujska (Bobrujsk, miasto położone w obwodzie mohylewskim, przystań nad rzeką Berezyną. W latach 1649 - 1793 należało do Polski. Odegrało dużą role w wojnie z Napoleonem Bonaparte (1812). W 1918 r. było ośrodkiem I Korpusu Polskiego. Rozwinął się tutaj przemysł drzewny, chemiczny, maszynowy, lekki. Liczy ponad 150 tys. Mieszkańców). Rosjanie opuścili miasto i wycofali się za rzekę Berezynę. Przed tym manewrem dokonali zniszczenia miasta. Po wkroczeniu do Bobrujska byłem tak bardzo wyczerpany bezustannym marszem i pościgiem za nieprzyjacielem, że w wolnej chwili tak mocno zasnąłem, że były obawy, czy się obudzę. Pułkowy lekarz - doktor Jacobson z Gniezna, który czuwał nade mną ucieszył się, gdy obudziłem się zdrowy. Warunki na froncie wschodnim były bardzo prymitywne. Podczas snu niejednokrotnie dokuczało nam robactwo. Czasem spałem na ziemi pod wielki liściastym drzewem. Będąc kilka dni w rezerwie poza frontem zaobserwowałem, że tylko kobiety ścinały zboże i to sierpem, natomiast chłopi siedzieli przed domem i palili machorkę. Z chwilą dojścia Wielkopolskiej dywizji do rzeki Berezyny rozpoczął się okres walk obronnych i wypadów na stronę przeciwnika. Od 14 do 17 października 1919 r. trwał trzydniowy wypad na wschodni brzeg rzeki. Zdobyto wówczas dwa działa, kilka karabinów maszynowych i wzięto do niewoli kilkuset jeńców. Wróciwszy z wyprawy do Bobrujska po kilku dniach skierowano nas do Swisłoczy nad Berezyną. W tej miejscowości znajdowała się kapliczka dworska. Tu też zwoływano nas na nabożeństwa z możliwością odbycia spowiedzi, do której przystąpiłem po raz pierwszy od momentu przybycia na front. Miało to miejsce 8 listopada w moje 21 urodziny. Następnego dnia wypożyczonym koniem z sankami wraz z dowódcą objeżdżaliśmy okoliczne wsie i zagrody pokonując duże przestrzenie pól i lasów. Ze służbowego objazdu wróciliśmy późnym wieczorem. Mróz był naprawdę tęgi. Przebywając niekiedy poza frontem miałem okazję zaobserwować życie tamtejszych ludzi. Wiejska ludność była uboga i żyła na niskim poziomie. Budynki stawiano tylko z drewna, które układano wzdłuż i w poprzek, w ten sposób powstawały ściany przednia, tylna i boczne. Bale układano jedne na drugich, a szczeliny wypełniano leśnym mchem. Dach kryto słomą. Dom posiadał jedno wejście i dwa okna. W ciągu kilku dni dom był gotowy. Przy takiej budowie nie użyto ani jednego gwoździa. Wyposażenie wewnątrz najogólniej wyglądało następująco: w jednym narożniku stał prymitywny stół, na ścianie wisiało parę obrazów - wszystkie o tematyce religijnej, przy ścianie stały ławki, wiele miejsca zajmował piec ulepiony z gliny, służący jednocześnie do ogrzewania i gotowania. Piec był opalany drewnem, a niedopałki zgarniano w jego narożniku i teraz do tak ogrzanego wnętrza wstawiano gliniany garnek z zawartością do gotowania. Następnie zamykano drzwiczki i po pewnym czasie wystawiano garnek na ziemię celem częściowego ostudzenia, potem umieszczano go na stole. Jedzono wprost z garnka i to drewnianą łyżką. Resztę jedzenia chowano do pieca i pozostawał posiłek jeszcze na kolację. Ludność żyła bardzo skromnie. Nie można było kupić odzieży, czy sprzętu domowego. Przeważnie spano na ławkach lub piecu, co było bardzo korzystne zimą. Byłem pełen szacunku dla tych ludzi, których wojna gnębiła już od kilku lat. Najpierw cofały się rosyjskie wojska, później przyszli bolszewicy, i teraz Polacy. Żadne z wojsk nie udzielało pomocy, tylko zabierało jeszcze pożywienie i różny sprzęt. Wioski leżące nad rzeką miały gminne łaźnie. Był to mały budynek, w którym znajdował się piec z polnych kamieni. Kiedy był mocno rozgrzany polewano go wodą przez co powstawała para, w której rozebrani ludzie czuli się jak w saunie. Miałem okazję przyjrzeć się codziennemu życiu tamtejszej ludności. Widziałem jak mieszkańcy borykali się z różnymi trudnościami. Wspominam to, bo współczułem ich losowi. Ale u nich nie można było wyczuć jakiegokolwiek niezadowolenia, czy zmartwienia. Młodzi, a niekiedy i starsi zbierali się na śpiewie ulubionych piosenek i na pogawędki do późnej nocy. Z tego kresu mam zdjęcie z dowódcą Sobierskim, a obok na fotografii widoczni są żołnierze oraz druga fotografia z grupą wojska, dowódcą i jego czarnym koniem. Z końcem listopada 1919 r. dowódcę kompanii przydzielono do sztabu pułku, który stacjonował w Choluju. Po tygodniu otrzymałem rozkaz, aby również stawić się do pułku i przywieźć wszystkie rzeczy dowódcy. Postarałem się o sanki i razem z właścicielem konia udaliśmy się w drogę. Była to dość ryzykowna wyprawa, bowiem nie znaliśmy dobrze drogi i do tego wszędzie czekało niebezpieczeństwo. Po kilku godzinach jazdy zwolniłem woźnicę, aby mógł przed nocą wrócić do domu. Ja w tym czasie postarałem się o sanki do jazdy na następny dzień i przenocowałem w opuszczonym majątku, gdzie zastałem dwie starsze panie właścicielki, które były Polkami i to mnie bardzo zaciekawiło. Na kresach wschodnich można dość często spotkać polskie rodziny wywodzące się z drobnej szlachty. Następnego dnia ruszyłem w dalszą drogę do pułku. W południe przybyliśmy na miejsce i zastałem tam pułk gotowy do przysięgi. Sztab pułku znajdował się daleko od frontu tak, że panowała tu cisza. Oprócz czynności ordynansa obsługiwałem kasyno podając m. in. do stołu gotowe posiłki. Było to dla prostego żołnierza dobrodziejstwo. Znajdowałem się dość daleko od frontu, w ciepłym pomieszczeniu i miałem dobre jedzenie. W pierwszych dniach stycznia 1920 r. ogłoszono alarm oznajmiający niebezpieczeństwo. Nieprzyjaciel zaatakował, ale przednia straż odparła wroga i znów się uspokoiło. 10 stycznia po tych wydarzeniach otrzymałem urlop do Poznania za pośrednictwem dowódcy kompanii, który posiadał tam swoich rodziców i miałem przekazać im pozdrowienia oraz opowiedzieć o przeżyciach na froncie. W Poznaniu przebywałem kilka dni. Do moich rodziców nie mogłem jeszcze jechać, gdyż znajdowali się na terenach zajętych jeszcze przez Niemców. Kiedy dowiedziałem się, że Niemcy zgodnie z konwencjami muszą się wycofać z dniem 20 stycznia 1920 r. aż do granicy przyznanej Polsce na mocy traktatu wersalskiego, nie namyślając się długo ruszyłem w drogę. Zatrzymałem się najpierw w Chojnie koło Gołańczy w odległości około 10 kilometrów od mojego domu. W Chojnie wstąpiłem do rodziny Wachowiaków, dalszych krewnych matki, aby zorientować się w faktycznej sytuacji wojskowej. Następnego dnia udałem się pieszo do Jaktorowa, aby konkretnie dowiedzieć się, czy Niemcy już się wycofali. Idąc przez zagajniki otwartą drogą spostrzegłem dwie osoby zmierzające w moim kierunku, ale nie mogłem rozpoznać czy to kobiety, czy mężczyźni, a może wojskowi. Nagle schowały się w las. Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że były to kobiety, które przyszły do lasu po świerkowe gałązki do dekoracji w związku z powitaniem Polskiego Wojska. Z Jaktorowa szedłem okrężną drogą przez Swobodę, aby tutaj dowiedzieć się, czy Niemcy już się wycofali. Okazało się, że ten manewr akurat teraz trwa, a Niemcy strzelają w powietrze. Nabrałem ducha i żywym krokiem szedłem naprzód. Nikogo już nie spotkałem i tak dotarłem do rodzinnej wioski. Z przerażeniem zastałem tam okopy, wały ochronne jak na froncie we Francji, nawet były zasieki z drutu kolczastego. Wieczór już nadchodził, gdy ominąłem wszystkie przeszkody i niezauważony przez nikogo dotarłem do domu. Rodziców i siostrę Władysławę zastałem przy zdrowiu. Radość była nie do opisania. Niemcy rok temu mówili rodzicom, że jestem zabity. Przez ten czas nic o sobie nie wiedzieliśmy i rodzice myśleli, że już nie żyję. Długo w noc dzieliliśmy się swoimi przeżyciami i wspomnieniami. We wsi szybko rozeszła się wieść, że wróciłem w polskim mundurze. Polscy mieszkańcy miejscowości byli w radosnym nastroju, przygotowywali się do powitania polskiego wojska. Postawili bramy tryumfalne, a domy udekorowali chorągiewkami. Przed wieczorem 22 stycznia 1920 r. Do Lipiej Góry wkroczyło Wojsko Polskie. Przy bramie tryumfalnej stała panienka w białym stroju, ręce miała związane, co miało oznaczać kajdany niewoli. Witając żołnierzy prosiła o zerwanie kajdan, Równocześnie orkiestra, z którą wkroczyło wojsko zaczęła grać hymn narodowy: „Jeszcze Polska nie zginęła". Był to tak wzruszający moment, że wszyscy z radości płakali, tym bardziej że większość zgromadzonych polskiego hymnu nie słyszała. I ja, chociaż już rok byłem w wolnej Polsce, to jednak teraz tu w rodzinnej wiosce, ja w polskim mundurze, widząc tak uroczyste przyjęcie wojska i tę panienkę w bieli z kajdanami na rękach oraz słysząc hymn narodowy grany i śpiewany nieśmiało, wzruszyłem się przeogromnie i zaliczam ten dzień do najpiękniejszych dni mojego życia. Wojsko zostało ugoszczone przy suto zastawionych stołach. Wyzwolona spod jarzma pruskiego ludność przygotowała bardzo serdeczne przyjęcie. Radość była tym większa, że na własne oczy mieszkańcy zobaczyli jednolicie ubranych i uzbrojonych polskich żołnierzy. Następnego dnia wojsko odmaszerowało, aby zajmować dalsze tereny opuszczone przez Niemców na mocy traktatu wersalskiego i przejmować władzę. Mój urlop już się skończył i 31 stycznia wracałem do pułku. Podróż była bardzo uciążliwa, wagony nieogrzane, a zima sroga. Pułk zastałem w tym samym miejscu i nic ważnego się nie działo. Z końcem marca otrzymałem właściwy urlop (poprzedni do Poznania to raczej służbowy) i razem z moim dowódcą porucznikiem Sobierskim, który też dostał urlop jechaliśmy do domu. W Poznaniu pożegnaliśmy się. Do domu przybyłem kilka dni przed Świętami Wielkanocnymi, lecz niedługo cieszyłem się powrotem, bo na same święta mocno zachorowałem. Miałem bardzo silny ból głowy i to regularnie powracający w godzinach rannych. Kiedy poczułem się nieco lepiej, udałem się do szpitala wojskowego w Bydgoszczy, ale widząc po drodze bardzo złe warunki pogodowe wróciłem do domu. Bóle nie ustępowały, nawet się jeszcze nasiliły. Teraz z kolei udałem się do Chodzieży, gdyż tam znajdował się szpital wojskowy. Lekarz widząc mój stan od razu wypisał skierowanie do szpitala w Poznaniu. Tu stwierdzono, że to ból nerwów. Wszyscy chorzy w tym szpitalu byli żołnierzami z okresu pierwszej wojny światowej. Pierwsze dni pobytu były dla mnie ciężkie. Prawie codziennie któryś z chorych dostawał atak, rzucał się na ziemię, strasznie krzycząc. Pierwsza pomoc polegała na tym, że przychodzili sanitariusze i wyprostowywali choremu ręce i nogi na podłodze, a on powoli przychodził do siebie, ale przez kilka dni po takim ataku był mocno wyczerpany. Tacy chorzy leżeli na specjalnym oddziale, ale ja miałem okazję to wszystko widzieć i słyszeć. W szpitalu przechodziłem różne badania i otrzymywałem leki. Stopniowo mój stan się polepszał. Zapoznałem się z kilkoma chorymi i czas dość mile upływał. Każdego dnia jednak wyglądałem swojego zwolnienia, czułem się całkiem wyleczony, dlatego prosiłem o wypis ze szpitala. Po sześciotygodniowym leczeniu zwolniono mnie ze szpitala i przekazano do baonu zapasowego w Wolsztynie (Wolsztyn, miasto w woj. zielonogórskim, prawa miejskie od 1458 r. Od XVI w. znajdowała sie tutaj komora celna. W latach 1870-1880 pracował tu Robert Koch. Znane z udziału mieszkańców w Powstaniu Wielkopolskim. Rozwinął się przemysł drzewny, metalowy, odzieżowy, stanowi węzeł komunikacyjny). W tym miasteczku znajdowała się siedziba władz powiatowych. W kompanii ozdrowieńców znajdowali się prawie sami kalecy, jeden kulawy z laską, to znów inny miał niesprawne ręce. Żadnych zajęć tu nie prowadzono, wszyscy czekali na zwolnienie do domu. Z początkiem lipca 1920 r. Otrzymałem urlop, a po miesiącu wezwano mnie przed Komisję Wojskową, która orzekła, że jestem na zawsze niezdolny do służby wojskowej. Będąc w cywilu niejednokrotnie wspominałem służbę w wojsku, żołnierską dolę i niedolę. Tak często szło się borem lasem przymierając czasem głodem, w chłodzie, czy spoconym w upale. Koleje były różne. Niekiedy szło się w bój bez żadnego zwycięstwa, zaś innym razem atak przynosił tryumf. Podczas apeli czciliśmy pamięć poległych współtowarzyszy, którzy jeszcze tak niedawno byli z nami, a zaraz potem spoczywali w ciemnym grobie z dala od rodziny. Przy ogniskach śpiewano żołnierskie piosenki, smutne i wesołe, było ich tak dużo. Tak często nuciliśmy: „Wojenko, wojenko cóżeś ty za pani, że za tobą idą chłopcy malowani". Ta piosenka pozostała mi w pamięci do dziś i nieraz sobie ją śpiewam. Wspominam to wszystko, aby potomnym dać choć pewne wyobrażenie o losie polskiego dziecka w zaborze pruskim, przymusowej służbie w obcym wojsku, a przede wszystkim o tęsknocie za wolną Ojczyzną, o czynnym udziale w Powstaniu Wielkopolskim bez liczenia na jakąkolwiek zapłatę, czy choćby wdzięczność. Bóg - Honor - Ojczyzna były aż nadto wystarczającym motywem poświęcenia i walki, ofiary i czynu. Przekazuję te wspomnienia, mam już ponad 90 lat, wiary dochowałem, Polsce służyłem, wykazywałem troskę o rodzinę. Dziś, gdy obserwuję różne udogodnienia ułatwiające życie będące tak wielką wartością, które bagatelizujemy przez grzechy, to pragnę w tym miejscu przytoczyć słowa, które nurtują moje serce:

„Na nic Sybir, na nic knuty - lecz narodu duch zatruty to dopiero bólów ból".

Budujmy ducha ofiary, poświęcenia, dobrej pracy i czynu, wzajemnego zrozumienia i życzliwości. Równocześnie organizując nowe życie oparte na uczciwych zasadach, cofajmy się w myślach do naszych narodowych korzeni, które mogą dawać siłę do rzetelnej pracy i godności.

^ w górę ^

Część II

Od powrotu w rodzinne strony po zakończeniu wojny z Rosją poprzez pracę w Szamocinie,

lata służby i życia w Strzelnie, kampanię wrześniową 1939 r. do wyzwolenia w 1945 r.

 

Z Wojska Polskiego otrzymałem urlop 4 lipca 1920 r., a całkowite zwolnienie nastąpiło po upływie miesiąca. Powoli musiałem przyzwyczajać się do nowych warunków. Inne było jedzenie, inne otoczenie, a największy problem polegał na tym, aby zapewnić sobie stałe zatrudnienie, które dawałoby zadowolenie. Rodzice posiadali małe gospodarstwo rolne i należało je tylko powiększyć, udoskonalić. Niestety nie miałem żadnego upodobania do rolnictwa, chociaż przez ostatnie 25 lat życia mieszkając wraz z synem w plebanii chętnie uprawiałem ogródek oraz pielęgnowałem zieleń przy kościele. Szukałem innego zajęcia a szczególnie podobała mi się praca na kolei lub na poczcie. Wszelkie wnioski do władz i urzędów załatwiane były odmownie. W tym czasie w narodzie panowało przygnębienie i niepokój. Ojczyzna była w niebezpieczeństwie. Oto nieprzyjaciel ze wschodu - armia bolszewicka z gen. Michaiłem Tuchaczewskim (Michaił Tuchaczewski (1893-1937), marszałek, jeden z organizatorów Armii Czerwonej, podczas wojny domowej w latach 1918 - 1920 był dowódcą kilku frontów. W czasie wojny polsko - radzieckiej dowodził Frontem Zachodnim. Od 1925 do 1928 r. byt szefem Sztabu Generalnego. Z kolei w latach 1931 - 1937 sprawował stanowisko zastępcy przewodniczącego rewolucyjnej Rady Wojskowej ZSRR. W 1937 r. niesłusznie został oskarżony o zdradę ojczyzny, skazany na śmierć, zrehabilitowany. Prace naukowe Tuchaczewskiego wywarły znaczący wpływ na rozwój radzieckiej myśli wojskowej), zbliżała się pod Warszawę, miejscami przekroczyła Wisłę. Wśród Niemców zaś panowała radość, gdyż spodziewali się, że Rosjanie wkrótce przybliżą się do granicy niemieckiej i Polska znów będzie zgładzona. Cała Polska na kolanach prosiła Boga o ratunek i Wojsko Polskie zatrzymało tę niebezpieczną nawałę w rozstrzygającej bitwie pod Radzyminem (Radzymin, miasto w woj. stołecznym. Prawa miejskie posiada od 1475 r. Podczas wojny 1920 r. z Rosją w dniu 15 sierpnia wojsko polskie powstrzymało tam wojska przeciwnika). Wojsko Polskie odniosło świetne zwycięstwo w dniu 15 sierpnia 1920 r. zmuszając nieprzyjaciela do odwrotu. Dzień zwycięstwa określano jako Cud nad Wisłą i każdego roku uroczyście obchodzono aż do drugiej wojny światowej. Po 1945 r. zniesiono święto 15 sierpnia, 3 maja, a przede wszystkim Święto Niepodległości 11 listopada, orzełkowi zaś zdjęto z głowy koronę z krzyżykiem, co było dla mnie bardzo bolesne. „Solidarność" przywróciła to wszystko, chociaż orzełek już nie ma krzyżyka i wielu nie rozumie tych świąt po latach zniewalania narodu. Po zakończeniu wojny życie powróciło do normalnego trybu, a ja snułem sobie plany na dobrą przyszłość w odrodzonej Polsce. Będąc kilka tygodni w cywilu zaproponowano mi pracę na poczcie w charakterze listonosza, na co wyraziłem zgodę ku memu zadowoleniu, ale nie cieszyłem się długo, gdyż tylko zastępowałem pracownika wezwanego do uzupełnienia służby wojskowej i wkrótce musiałem ustąpić ze stanowiska. Znów rozpoczęły się starania i wnioski, lecz wszystko bez skutku. Byłem nawet rozgoryczony, gdyż podczas powstania wielokrotnie powtarzano, że powstańcy będą mieli pierwszeństwo do posad państwowych. Niestety tak nie było. Gdy powstańcy wrócili do cywila wszystkie stanowiska były już zajęte. Jak Polska powstała, to wiele miejsc pracy było wolnych przez opuszczających kraj Niemców, a mimo to było trudno o robotę. Następnego roku tj. 1921 z dniem 1 marca ponownie zostałem przyjęty do pracy na poczcie, a to dlatego że powiększono obsadę o jedną osobę. Ogólny zastój, kryzys gospodarczy, bezrobocie coraz większe i drożyzna z każdym dniem rosły. Przytoczę dla przykładu jak pieniądz tracił na wartości, na podstawie dekretu zaopatrzenia renty wojskowej:

w 1921 otrzymywałem miesięcznie 7.800 zł,

w 1923 w kwietniu    -  76.500 zł,
w maju  -107.100 zł,

w lipcu  - 158.508 zł,

w sierpniu     - 250.442 zł.

W roku 1924 pieniądz wrócił do normy i renta wynosiła 32 zł. miesięcznie i stan ten trwał do drugiej wojny światowej. Na początku wolnej Polski był duży napływ ludności z innych dzielnic, a szczególnie z Małopolski. Ona to wykupowała gospodarstwa rolne i nieruchomości miejskie oraz zajmowała stanowiska w urzędach, a szczególnie kierownicze posady, gdyż okazywano dyplomy lub świadectwa ukończenia wyższych szkół. Wielkopolanie mieli pewien żal, a nawet zarysowała się pewna odrębność dzielnicowa, ale dobrze że to z biegiem czasu powoli się zatarło. Dużo Polaków wróciło do ojczyzny z emigracji z Ameryki i mogli teraz za ciężko zapracowany pieniądz kupić sobie gospodarstwo. Wielkopolanie pod zaborem nie mieli szans na studia czy zarobek. Ja życia kulturalnego czy oświatowego prawie nie zaznałem. Zawiązało się Towarzystwo Śpiewu, do którego należałem, ale już po kilku miesiącach zgasło. Z okazji rocznicy wkroczenia Wojska Polskiego do Lipiej Góry, 20 stycznia każdego roku urządzano akademie wraz z przedstawieniem amatorskim, w którym każdorazowo występowałem. Nie było ku temu warunków typu: odpowiednia sala, scena, brak amatorów, a mimo to przedstawienia były na ogół udane i oklaskiwane przez publiczność.  Z dniem 1 października 1923 r. zostałem przeniesiony do pracy na poczcie w Szamocinie, z czego byłem bardzo zadowolony. Rano przynosiłem przesyłki do Lipiej Góry i tutaj miałem mniejszy rejon do obsługi, mogłem wstąpić na obiad do rodziców i po południu zabierałem przesyłki do Szamocina. Niedługo cieszyłem się tą pracą, gdyż przyszła redukcja i po roku zostałem znów zwolniony jako, że byłem samotny i najmłodszy. Jednak już wkrótce zostałem pocieszony, gdyż z dniem 1 października 1924 r. otrzymałem skierowanie na pocztę do Strzelna koło Inowrocławia. Spełniło się moje marzenie, aby pracować w większym urzędzie. Miasto zrobiło na mnie miłe wrażenie, gdyż było pięknie udekorowane a to z racji wizytacji duszpasterskiej Księdza Prymasa Dalbora. Mieszkałem na różnych stancjach, które łatwo było dostać za opłatą ok. 50 zł. Tutaj chcę nadmienić jaki był początek założenia własnej rodziny. Moją żonę pierwszy raz ujrzałem 2 lutego 1925 r., kiedy to doręczałem przesyłkę pocztową do rodziny Wesołowskich w Ciencisku. Po kilku dniach znów miałem doręczyć pocztę i znów panna Marta wyszła do furtki po odbiór korespondencji i ponownie nawiązała się szczera rozmowa. Parę razy napisałem list, a po kilku tygodniach postanowiłem za uprzednim uzgodnieniem odwiedzić rodzinę Marty. Po następnych kilku tygodniach postanowiłem zdobyć się na odwagę i poprosić rodziców panny o „rączkę" ich córki. Przyszli teściowie mieli mi za złe, że za mało ich odwiedzam, ale uważałem, że tak lepiej, aby utrzymać formę grzecznościową. Na Boże Narodzenie 1925 roku odbyły się w większym gronie zaręczyny. Na tę uroczystość przyjechali moi rodzice, ale po całodziennej podróży z Lipiej Góry dopiero wieczorem i zastali mnie już w domu przy ulicy Miradzkiej, gdzie mieszkałem na stancji. W drugi dzień świąt był dalszy ciąg zaręczyn. Mój ojciec z przyszłym teściem zapalili cygaro i żywo rozmawiali, a do stołu podawała coraz inna panna (było tam pięć córek i dwóch synów). Ojciec pilnie przyglądał się wszystkim, aż w końcu zapytał - która to ma być moją przyszłą synową. Chcąc upamiętnić ten dzień sprezentowałem narzeczonej damski zegarek, co na owe czasy uważano za wielką rzecz. Radosne święta minęły, a potem zima i nadeszła radosna wiosna. W maju 1926 r. przypadł mi urlop wypoczynkowy i była to dobra okazja, abym z narzeczoną odwiedził moich rodziców. W czasie podróży spotkała nas przykra niespodzianka - na dworcu kolejowym w Bydgoszczy zostałem zatrzymany przez posterunek wojskowy i odprowadzony na komendanturę. Tu przeprowadzono ścisłą rewizję bagażu, sprawdzono moje dokumenty oraz stawiano bardzo wiele pytań. Byłem przerażony tym zajściem, a wszystko to miało związek z przewrotem majowym, kiedy to Marszałek Józef Piłsudski dokonał zamachu stanu. Sytuacja w kraju była dość niepokojąca, ale już wkrótce się uciszyło. Powoli przygotowywano się do ślubu, który wyznaczono na wtorek (5 października), wtedy ślubowano przeważnie we wtorki, a Niemcy w czwartki. Zapowiedzi przedślubne przyjął ks. prof. Ignacy Posadzy, sławny podróżnik i założyciel Seminarium Zagranicznego w Poznaniu, który przypadkowo zastępował ks. prob. Kazimierza Lapisa w Ostrowie. Nadszedł dzień ślubu. Przed południem w Ostrowie odbył się ślub cywilny, którego udzielił tamtejszy naczelnik p. Alfons Lubik Świadkami byli p. Rosin z Cienciska i p. Kościelny z Ostrowa. W domu panny młodej byli już goście i sąsiad Szpulecki z dwoma synami przygrywali żywo. Orszak weselny do kościoła ruszył powózkami. Było pięć powózek dwukonnych i jedna jednokonna. Dla nowożeńców powóz był przystrojony girlandą i kwiatami, a konie były specjalnie dobrane. Była piękna słoneczna pogoda. W kościele parafialnym w Ostrowie o godz. 16:00 ks. prob. Kazimierz Lapis udzielił nam ślubu. W czasie okupacji ks. proboszcz został zamęczony w obozie. Niech Bóg da mu niebo. Po powrocie z kościoła nowożeńców na progu domu przyjęto chlebem i solą i błogosławieństwem rodziców. Wśród weselników z mojej strony był mój ojciec, dwie siostry i sąsiad Wika. Uczta weselna przebiegała harmonijnie i serdecznie. Na zakończenie kapela wyszła przed dom i zagrała „Kiedy ranne wstają zorze", a goście potężnym głosem śpiewali. Po tym śpiewie uważano uroczystość weselną za zakończoną. Mieszkanie miałem już wynajęte przed ślubem. Był to pokój z kuchnią, przy ulicy Świętego Ducha. Po roku urodziła nam się córeczka, ale ku naszej wielkiej boleści zmarła następnego dnia. Zmieniliśmy mieszkanie na dwa pokoje z maleńką kuchenką przy ulicy Kościelnej 11, wejście z Kościelnej i Szerokiej (obecnie Gimnazjalnej przyp. K.Ch). W tym domu mieszkało się nie najgorzej, bez trosk finansowych. Z tego okresu przypomina mi się sroga zima od końca stycznia do początku marca 1929 r. Tęgi mróz i wysokie zaspy śniegu, jakich w życiu nigdy nie widziałem. Pracownicy mojego resortu jak listonosze, konwojenci, służba przeładunkowa otrzymali w tym czasie specjalny jednorazowy dodatek w wysokości 1/3 poborów miesięcznych. Drugą taką zimę, ale o wiele łagodniejszą przypominam sobie w lutym i marcu w 1979 r. W sierpniu 1929 r. przeprowadziłem się na ulicę Inowrocławską 9. Tym razem doprawdy mieszkanie było wygodne. Okna jednego pokoju wychodziły na ulicę Inowrocławską, gdzie po przeciwnej stronie stała synagoga żydowska, wśród dużych kasztanów. W tym domu urodziła się córka Basia. Było to w poniedziałek 20 stycznia 1930 r., a chrzest odbył się w niedzielę 26 stycznia. Chrzestnymi byli babcia Franciszka Wesołowska i wujek Stanisław Marczewski. Do kościoła jechali jednokonną powózką, którą przybyli dziadkowie, czyli moi teściowie z Cienciska. Z właścicielami domu tj. z państwem Puchalskimi żyliśmy przyjaźnie i z innymi sąsiadami tak samo w zgodzie. Po trzech latach we wtorek 4 kwietnia 1933 r. urodził się syn i otrzymał po moim ojcu imię Jan, a drugie Józef po ojcu żony. Chrzest odbył się w najbliższą niedzielę 9 kwietnia. Rodzicami chrzestnymi byli - Teresa Paulus, żona mego kolegi i Stanisław Tomicki kolega, który kilka lat potem zmarł. Do kościoła jechano wynajętym samochodem, co w tamtym czasie było czymś wyjątkowym. Janek w pierwszym i drugim roku życia często chorował, tak że musieliśmy szukać pomocy lekarskiej. Z początkiem sierpnia 1935 r. zorganizowałem pielgrzymkę rowerami do Częstochowy, co uważano za szaleństwo, by pokonać trasę 300 km. Jechało ze mną dwóch kolegów - Czesław Kaszyński, inwalida wojenny bez jednej dłoni i młodszy od nas Bolesław Bączkiewicz, małego wzrostu, ale za to pełen energii. Wyjechaliśmy ze Strzelna w pierwszy poniedziałek sierpnia w południe przez Konin, Turek, Dobre i do wieczora dojechaliśmy blisko miasteczka Warta. Kiedy zaczęło się robić ciemno znaleźliśmy nocleg w stodole za drobną opłatą. Tamtejsza ludność podziwiała nasze rowery, a szczególnie mój, który niedawno nabyłem. Rowery w zaborze rosyjskim były mało znane. Następnego dnia przez Sieradz, Wieluń, Kłobuck dotarliśmy do Częstochowy późnym popołudniem. O nocleg było bardzo łatwo, gdyż dzieci na ulicy same nam wskazały, gdzie można się zgłosić. Na Jasnej Górze stanęliśmy wieczorem i byliśmy tam następnego dnia od rana do południa. Zastaliśmy wielką rzeszę pielgrzymów, z którymi uczestniczyliśmy w różnych nabożeństwach. Potem zwiedziliśmy potężne wały obronne, skarbiec, a do całości należało wejście na wysoką wieżę, z której mogliśmy podziwiać piękne okolice rozciągające się hen daleko. O godz. 17:00 postanowiliśmy wracać, ale już tylko we dwóch, gdyż kolega inwalida był tak wyczerpany, że musiał wraz z rowerem jechać pociągiem. Tego dnia dojechaliśmy do Pątnowa blisko Wielunia. Nocleg mieliśmy na słomie. Następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę, spieszyliśmy się by wrócić do domu. Pogoda była ciepła i słoneczna, droga nie wszędzie utwardzona, często polna. Ruchu kołowego prawie nie było. Podczas całej trasy spotkaliśmy tylko dwa samochody, którym trzeba było zrobić miejsce. W Koninie zastał nas wieczór, a tu jeszcze 60 km do domu. Chcieliśmy jednak dotrzeć do Strzelna. Ostatnie 10 km szliśmy pieszo, bo nie mogliśmy już w siodle wysiedzieć. Gdy wróciłem byłem tak wyczerpany, że dopiero następnego dnia mogłem podzielić się swoimi wrażeniami. Żyliśmy już w dziesiątym roku małżeństwa. Dzieci uczęszczały do ochronki, którą prowadziły siostry Elżbietanki, gdzie urządzano różne zabawy i rozrywki dziecięce. W okresie Bożego Narodzenia maluchy przedstawiały Jasełka dla publiczności. Co roku urządzano letnią zabawę dla dzieci. Rok po roku upływał bez większych wydarzeń. Co dwa lub trzy lata przesuwałem się do wyższej grupy i otrzymywałem większą pensję, a towary nie drożały. Mogłem więc odłożyć sobie znaczną sumkę pieniędzy i po upływie kilku lat kupić sobie własny domek przy ulicy Stodolnej 21 (obecnie Michelsona - przyp. K.Ch.), do którego wprowadziliśmy się w 10 rocznicę ślubu. Tutaj 30 września urodziła się córka, której daliśmy imię Maria, a chrzest odbył się w niedzielę kilka dni po urodzeniu. Chrzestnymi byli Salomea Wesołowska i nasz kuzyn z Goryszewa Wiktor Marczewski. Było ambicją każdego, aby mieszkać we własnym domu i to się spełniło. Dzisiaj ludzie oszczędzają słabiej. Życie kulturalne w okresie międzywojennym było dość ożywione. Wszystkie rocznice historyczne obchodzono uroczyście, a udział w nich brały organizacje i towarzystwa. Uformowany pochód z orkiestrą szedł do kościoła na nabożeństwo, a po obiedzie ciąg dalszy obchodów - koncerty, przedstawienia i zabawa taneczna. Takie uroczystości były kilkanaście razy w roku. W Strzelnie zawiązało się wiele towarzystw i organizacji różnego rodzaju, w sumie około trzydzieści. Każda organizacja miała swój sztandar. Na poczcie również obchodzono różne rocznice. Mieliśmy własną świetlicę. W styczniu 1935 r. wygłosiłem odczyt z okazji rocznicy powstania styczniowego. Do dzisiaj mam zachowany rękopis tego odczytu na 8 stron dużego formatu. W tej świetlicy często odbywały się pogadanki lub towarzyskie rozrywki. Często organizowaliśmy wycieczki rowerowe, piesze a nawet kajakowe, nastrój był zawsze harmonijny. Raz byliśmy pod Płowcami przy kopcu usypanym na pamiątkę zwycięstwa jakie odniósł Władysław Łokietek 27 września 1331 r. Pocztowcy mieli serdecznych przyjaciół wśród innych towarzystw. Podobnie rodzinne kontakty były żywe i serdeczne, aż do wybuchu drugiej wojny światowej, która przekreśliła wszystko. Po wojnie nie udało się tego wskrzesić, gdyż partia współpracująca z Moskwą zniosła wszelkie stowarzyszenia kościelne i świeckie a nawet harcerstwo, które tak dodatnio oddziaływało na młodzież. Jest rzeczą zastanawiającą, że dawniej nie było prądu, dogodnej komunikacji, urządzeń różnego rodzaju i obowiązywał 10 godzinny dzień pracy, a ludzie mieli czas na czytanie książek, gazet, wzajemne odwiedziny, gry towarzyskie, majówki. Dzisiaj cały wolny czas kradnie telewizor. Telewizor owszem - wielki wynalazek, cud techniki, ale niestety bardzo często daje się widzom do oglądania i słuchania takie programy, że część społeczeństwa staje się „debilna". Nasze spokojne życie pełne marzeń na przyszłość, wypełnione pracą i święceniem niedzieli, życzliwością wzajemną w miarę zbliżania się drugiej wojny światowej stawało się coraz bardziej oziębłe. Coraz głośniej mówiono o wojnie, stosunki między ludnością polską a niemiecką były coraz bardziej wrogie. Najbardziej dało się to odczuć, kiedy Austrię, a później Czechosłowację i Kłajpedę przyłączono do Niemiec, a od Polski zażądano oddania Wolnego Miasta Gdańska na co rząd polski nie zgodził się. Już kilka tygodni przed wybuchem wojny zawezwano kilka młodszych roczników do wojska. Młodsi pracownicy pocztowi byli zorganizowani w Pocztowym Przysposobieniu Wojskowym - P.P.W. Ich zadaniem miała być obsługa poczty polowej i łączności poza linią frontu. Sytuacja w kraju już tak nabrzmiała, że lada godzina mogła wybuchnąć wojna. W związku z tym zostałem wraz z kilkoma pracownikami poczty zmobilizowany do P.P.W - punkt zborny w Poznaniu na dzień 30 sierpnia 1939 r. W tym dniu wszyscy udaliśmy się rano do kościoła i po wysłuchaniu mszy św. w kościele Św. Trójcy odjechaliśmy do Poznania. Idąc na dworzec spotkałem ku memu przerażeniu tłum uchodźców z powiatu wyrzyskiego, który dobrze znałem, gdyż to rodzinne strony mego ojca. W krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że już kilka dni są w drodze, pokonali ponad 100 km pieszo i na wozach gospodarczych wraz z kroczącymi za nimi krowami. Uciekinierzy szukali schronienia przed wojskiem hitlerowskim, które dopuszczało się okrucieństwa. Przeczucia uchodźców sprawdziły się z chwilą wkroczenia okupantów. W Poznaniu ulokowano nas na ulicy Chlebowej w nowym bloku. Tutaj uformowano kompanię i czekano na dalsze rozkazy. Korzystając z wolnego czasu udaliśmy się z kolegami do centrum miasta, a było to w piątek 1 września 1939 r. Nic jeszcze nie wiedzieliśmy o napaści na Polskę. Atmosfera w mieście była bardzo ponura, mimo ciepłego, słonecznego dnia. Ludność, przeważnie młodzież, pracowała przy kopaniu rowów obronnych. Ulice i place były rozkopane, co jeszcze bardziej pogarszało nastrój. Kolega Szymon Linettej zaprosił nas do swoich krewnych na mały posiłek i ledwie usiedliśmy do stołu, a tu potężne huki. Natychmiast zorientowaliśmy się, że to nalot niemiecki bombarduje Poznań i wojna rozpoczęła się na całego. Szybko udaliśmy się do naszego oddziału. Następnego dnia pluton, w którym się znajdowałem wyposażony w sprzęt i materiały łącznościowe wyruszył w kierunku Zbąszyna celem naprawy zbombardowanych linii telefonicznych i telegraficznych. W tej akcji brałem udział, a wracając późno wieczorem do Poznania nie miałem okazji kupić żywności. W niedzielę 3 września skierowano nas na podobną akcję, ale już w kierunku Wrześni i dalej na wschód. W Poznaniu na dworcu czekaliśmy cały dzień. Tłumy ludzi - wszyscy chcieli się wydostać z miasta, które było zagrożone przez naloty. Jedną z tragedii września było to, że władze centralne nie wydały w odpowiednim czasie zarządzeń mobilizacyjnych służbom pocztowym i kolejowym. Zalakowane koperty zawierające tajne instrukcje zostały otwarte, gdy nieprzyjaciel już kroczył po polskiej ziemi. Przewidziany w planach pierwszy i drugi rzut ewakuacyjny uległ deformacji już w pierwszych dniach wojny. Żywiołowy ruch ewakuacyjny ludności przeważnie z dobytkiem, z bydłem przy częstych alarmach i bombardowaniu dróg był powodem jeszcze większej tragedii. Lepiej by było, aby ludność cywilna pozostała na miejscu, warto o tym pamiętać na przyszłość. Nasz pociąg po całodziennym czekaniu na dworcu w Poznaniu wyruszył wieczorem w kierunku Wrześni i przez całą noc przejechał zaledwie 40 kilometrów docierając do Nekli. Dalej już pociąg nie mógł się posuwać ze względu na zbombardowane tory kolejowe. Z Nekli ruszyliśmy pieszo i przez Wrześnie maszerowaliśmy w należytym porządku na czele z dowódcą. Dla ułatwienia marszu zalecono nam bagaż osobisty złożyć na ciężarówkę. Oddając swój bagaż nikt nie przypuszczał, że rozstaje się z nim już na zawsze. Dotkliwie odczuliśmy brak ręcznika, bielizny, żywności. Przenocowaliśmy w wiejskiej szkole i następnego dnia szliśmy przez Strzałkowo do Słupcy. Tutaj zarządzono dłuższy odpoczynek, a wieczorem ruszyliśmy w stronę Konina. Szliśmy nocą, aby uniknąć nalotów. Drogi były zatłoczone wojskiem, a najbardziej utrudniały marsze rzesze uciekinierów wraz z dobytkiem i stadami bydła. Z dala często było widać pożary wynikłe nie tylko z nalotów, ale celowo podpalanych magazynów, a przeważnie płonęły stogi zbóż, aby nie dostały się w ręce wroga. Po całonocnym marszu minęliśmy Konin i parę kilometrów za miastem w małym lasku stanęliśmy na odpoczynek. Po przerwie znów ruszyliśmy w dalszą drogę przez Kłodawę, Krośniewice i w czwartek 7 września przechodziliśmy przez Kutno. Tutaj zastaliśmy wielkie rzesze uchodźców i jeszcze większy chaos, spowodowany przez kradzież papierosów z wielkiego magazynu tytoniu. Jeszcze za miastem często można było spotkać rozrzucone i podeptane całe paczki papierosów. Nasza jednostka pocztowa z każdym dniem malała. Wychodząc spiesznym marszem z Kutna na Żychlin spostrzegłem przy drodze zabitych ludzi i w tym dziewczynkę. Nie mogłem dokładnie się przyglądać, gdyż szybko posuwaliśmy się naprzód. Doznałem jednak dziwnego uczucia, że to moja córka, niby ten sam wzrost, te same włosy blond, ta sama sukienka. Gdy przechodziliśmy niedaleko Łowicza natrafiłem porzuconą pościel, bieliznę i odzież, która wydawała mi się podobna do tej jaką nosiła moja żona. Stale nurtowała mnie myśl, że to moja rodzina uchodząc tutaj zginęła. Tego samego dnia dziwnym zbiegiem okoliczności spotkałem znajomego policjanta ze Strzelna i z jego relacji dowiedziałem się, że przed jego wyjazdem rodziny pocztowców nie ewakuowano. Było to dla mnie bardzo pocieszające, bo teraz dowiedziałem się, że rodzina została w domu. W sobotę 9 września kilkakrotnie musieliśmy się chronić przed nalotami i coraz wyraźniej słyszeliśmy strzały, musieliśmy być blisko frontu. Błądziliśmy aż do wieczora, kiedy dotarliśmy do jakiegoś mająteczku pod Sochaczewem. Mieszkania i budynki gospodarcze oblężone były przez uchodźców i wojsko. Przypadło nam przenocować pod gołym niebem. W niedzielę 10 września chcieliśmy przedostać się przez rzekę Bzurę. Wszędzie wielkie rzesze uchodźców, porzucone wozy bez koni, na wozach pościel, odzież, nikt nie zwracał na to uwagi. Wszyscy w panice chcieli dostać się do Sochaczewa i w kierunku Warszawy. Niestety do Sochaczewa wojsko nikogo już nie wpuszczało. Nasze kilkakrotne próby przedostania się przez rzekę były daremne. Po południu tego dnia udało się nam przekroczyć Bzurę i spiesznie posuwaliśmy się w kierunku Warszawy, lecz po kilku kilometrach wojsko zawróciło nas. Cofając się nad wieczorem znów przekroczyliśmy Bzurę po bardzo prymitywnym moście dla pieszych i to tylko pojedynczo można było przechodzić. Następnego dnia wieczorem dotarliśmy do miejscowości Kiernozie. Z całego naszego oddziału pocztowców zostałem już tylko ja i mój kolega Bernard Paulus. W Kiernozi było mniej uchodźców i tutaj dopiero pierwszy raz od wybuchu wojny mogłem skorzystać z obsługi fryzjera, aby dać się ogolić. Byliśmy blisko linii frontu. Stale słychać było huk armat, toczyła się bitwa nad Bzurą. Z kolegą miałem czasem kłopoty, bo miał nogi odparzone od długich marszów, ale do końca byliśmy razem. Błąkaliśmy się, ale z myślą, że jeszcze dostaniemy się do Warszawy. Dzień 15 września, dzień moich imienin szczególnie pozostanie mi w pamięci. Był to piątek, kiedy weszliśmy do miejscowości Sanniki, a była godzina 12:00. Nagle nastąpiło silne bombardowanie, jakiego nie przeżyłem w tej kampanii. W czasie bombardowania znalazłem się z kolegą na jakimś podwórzu blisko kościoła, który przepełniony był wiernymi i mimo bombardowania dochodziły głosy śpiewu i modlitw. Słyszałem też przerażające krzyki, jęki i przekleństwa. W pewnym momencie uciszyło się i poszukaliśmy lepszego schronienia, a tu już następny nalot zastał nas w otwartym polu w burakach i tutaj czuliśmy się już bezpieczniej. Przeleżeliśmy aż do zmroku, kiedy to naloty ustały. Błąkaliśmy się nocą i doszliśmy do przekonania, że do Warszawy już się nie przedostaniemy, bo już byliśmy okrążeni przez wojska niemieckie. Cofaliśmy się blisko Gąbina, przygnębieni, że lada chwila wojska niemieckie wejdą. Ludzie chowali, zakopywali cenniejsze rzeczy. Mężczyźni znów niszczyli wojskowe dokumenty. Ja również zniszczyłem książeczkę wojskową, w której była notatka, że brałem udział w Powstaniu Wielkopolskim, za co Niemcy szczególnie się mścili. W niedzielę 17 września był pogodny i słoneczny dzień, a my przygnębieni. Około godz. 10:00 nadjechał niemiecki patrol, a wkrótce większy oddział, który objął władzę nad ludnością biorąc mężczyzn do prac na drogach, a nas do niewoli. Władając dobrze językiem niemieckim wytłumaczyłem im, że my nie wojsko, tylko pocztowcy i nas przepuszczono. Podczas powrotnego marszu kilkakrotnie nas zatrzymywano uważając, że my wojskowi. Staraliśmy się takich spotkań unikać i jak najprędzej dostać się do domu. Niemieccy żołnierze zachowywali się okrutnie w stosunku do ludności cywilnej. Rozganiano tłumy uchodźców, bito i kopano, kto na czas nie usunął się z drogi. Jeszcze tego samego dnia przeszliśmy przez Gąbin i Gostynin. Noc przespaliśmy w stodole. Na drogach wciąż było pełno uchodźców. Znaleźliśmy porzuconą mapę, dzięki której dobrze orientowaliśmy się w terenie. Chcąc uniknąć spotkania z Niemcami posuwaliśmy się bocznymi, polnymi drogami. Trasę upatrzyłem przez Brześć Kujawski. W Płowcach oglądaliśmy kopiec usypany dla uczczenia zwycięstwa Łokietka nad Krzyżakami. Potem przez Radziejów i Kruszwicę dotarliśmy do Strzelna. Byliśmy mocno wyczerpani nieustannym marszem i do tego głodni, ale dodawaliśmy sobie ducha, aby nie ustać w drodze. Koło Kruszwicy mieliśmy szczęście, bo przejeżdżał znajomy, który nas zabrał, a była to wielka ulga dla naszych nóg. Zbliżał się wieczór, gdy wjeżdżaliśmy do miasta i tutaj zatrzymała nas żandarmeria i odprowadzono nas na policję. Zrobiło się zbiegowisko ciekawskich, bo postawiono nas pod murem i długo czekaliśmy. Nareszcie zaczęto nas przesłuchiwać czemu teraz dopiero wracamy, próbowano wmówić nam jakieś przestępstwo, które obrażałoby wielki naród niemiecki. Równocześnie zaciągnięto opinię od miejscowych Niemców (Volksdeutsche), którzy teraz byli panami życia i śmierci. W końcu zwolniono nas pod warunkiem, że codziennie mamy zgłaszać się na komendę policji. Przybywszy do domu nie zastałem mojej rodziny tylko dużo uchodźców z powiatu chodzieskiego, z moich stron rodzinnych, była wśród nich moja siostra Władysława. Po kilku dniach władze okupacyjne nakazały uchodźcom wracać do miejsca swego zamieszkania. Żona wraz z dziećmi przebywała w tym czasie u swojej matki w Ciencisku. Właściwie była przygotowana do ewakuacji, ale z powodu złej organizacji pominięto moją rodzinę. Gdy żona spostrzegła, że rodziny pocztowców już odjechały uważała za stosowne schronić się z dziećmi i całym bagażem u swojej matki, co okazało się bardzo korzystne, gdyż rodziny ewakuowane już po paru dniach pogubiły się i pieszo wracały do domów. Następnego dnia po moim powrocie z tułaczki żona też wróciła do Strzelna i była radość, że znów wszyscy jesteśmy razem. Ale radość była chwilowa, bo przed nami jawiła się czarna przyszłość, gdyż ja pozostawałem bez pracy. Wprawdzie nam pracownikom poczty wypłacono wynagrodzenie z góry za trzy miesiące tj. do końca 1939 r., ale władze okupacyjne zmniejszyły wartość pieniądza. Nie miałem pracy, a do Niemca nie było honorem zwracać się z prośbą o zatrudnienie. Zresztą stale była niepewność jutra, każdego dnia miały miejsca aresztowania, rozstrzeliwania bez sądu i to znanych obywateli o wielkich walorach moralnych i narodowych. Okupant stawał się coraz bardziej okrutny, niszczył wszystko, co miało charakter narodowy lub wyznaniowy. Niszczono biblioteki, polskie książki znajdujące się w wywłaszczanych domach, palono różne dokumenty archiwalne i kroniki. Nawet posunięto się do tego, że pewnej nocy przy końcu października 1939 r. połamano, zniszczono, porąbano wszystkie krzyże, figury i napisy polskie. Tak zniszczono figurę św. Wojciecha na placu przed kościołem. Zdewastowano też cmentarz i powywracano nagrobki. Po wojnie wiele krzyży i figur postawiono na nowo, ale już nie wszystkie. A szkoda, bo każdy krzyż, czy figura miała swoje głębokie znaczenie nie tylko religijne, ale także narodowe i historyczne. Jeszcze okrutniej postępował okupant wobec Żydów. Już w pierwszych dniach zburzono i rozebrano synagogę stającą na narożniku ul. Inowrocławskiej i Spichrzowej, obecnie stoi tam blok mieszkalny. Wkrótce zrównano z ziemią ich cmentarz, który znajdował się przy ul. Młyńskiej po prawej stronie na rogatkach miasta. W tym samym czasie wywieziono całą ludność żydowską do obozów zagłady. Polaków zaczęto wywozić do Niemiec do pracy na roli. Początkowo brano głównie młodzież, ale niekiedy i dorosłych, którzy nie mieli zatrudnienia. Chcąc uniknąć wywózki do Niemiec zgłosiłem się z kilkoma pocztowcami do pracy w tartaku w Miradzu. Kierownikiem tartaku był nadal Polak p. Pankowski, który życzliwie nas przyjął i przeznaczył do lżejszej pracy i w ten sposób uniknąłem wywózki. Pragnę jeszcze nadmienić, że kiedy wróciłem z kampanii wrześniowej, to zastałem w moim domu sztandar Powstańców i Wojaków z Lipiej Góry, który uchodzący uciekinierzy pozostawili. Posiadanie sztandaru należało bezzwłocznie zgłosić i oddać go władzom okupacyjnym, w przeciwnym wypadku groziła kara śmierci. Ja jednak go nie przekazałem, tylko ukryłem sztandar na strychu pod podłogą, a drzewiec za belką pod dachem. 25.11.1939 r. zostałem wywłaszczony z mojego domu. Metoda wywłaszczania nie była nam znana, ja należałem do pierwszych usuniętych, a potem wywłaszczano już na większą skalę i coraz bardziej brutalnie. Otóż wracając z Miradza z pracy spostrzegłem oświetlenie w całym domu i nie wiedziałem co to ma znaczyć, wtedy przybiegły dzieci i przekazały mi tragiczną wiadomość, że już nie mieszkamy w naszym domu, a mama jest u sąsiadów Paulusów. Wiedząc już o całym zajściu udałem się do państwa Paulusów i tam zastałem żonę zmartwioną, siedzącą na małym tobołku, który zdążyła zabrać. Byliśmy pozbawienie wszystkiego - odzieży, bielizny, pościeli. Już w pierwszej chwili tym haniebnym czynem, jakiego dopuścili się Niemcy byłem tak rozgoryczony, że wpadłem w pewien szał i zamierzałem wyjść na Rynek z całą rodziną i manifestować przeciwko Niemcom. Dzięki żonie, która powstrzymała mnie od tego kroku przeżyliśmy wojnę. Państwo Paulusowie odstąpili nam mały pokoik na poddaszu. Kierownik tartaku przysłał mi wóz tarcicy, odpady na opał. Nie zdążyłem mu podziękować za ten szlachetny uczynek, gdyż następnej nocy spotkał go los jeszcze gorszy, bo został wywieziony. Ja zaś mogłem pozostać na miejscu. Zachowałem do dzisiaj jako dowód pismo, jakie zostało wręczone mojej żonie przy wywłaszczaniu. Na piśmie wzywającym do opuszczenia domu w przeciągu 30 minut wyszczególniono, że można zabrać ubranie, suknię, obuwie, pończochy jeden koc i 100 zł na osobę oraz, że pozwala nam się zamieszkać u krewnych lub znajomych. W rzeczywistości przerażona żona z trojgiem dzieci w wieku od 3 do 9 lat uprosiła, aby mogła zabrać jeszcze obraz serca Pana Jezusa i Matki Boskiej wiszące nad łóżkami oraz łóżeczko dziecięce z pościółką. Tak opuściła dom wraz z umeblowaniem i całym dobytkiem. Parę godzin przed wywłaszczeniem żona zauważyła jak dwoje Niemców przyglądało się naszemu domowi i o czymś rozmawiali. W międzyczasie wyniosła dwie walizki z bielizną i ważniejszymi rzeczami wraz z dokumentami. Powoli przyzwyczajaliśmy się do nowych warunków życia. Stale żyliśmy w strachu, że zostaniemy wywiezieni. Zima była tak ostra, że nawet przerwano pracę na tartaku. W dniu 18 stycznia 1940 roku przybył do Paulusów posłaniec z poczty, abym zaraz stawił się u Post meister (naczelnik). Byłem bardzo przerażony. Naczelnik rozkazującym głosem nakazał mi, abym zaraz podjął pracę w Deutsche Reich - post. Na moją uwagę, że pracuję w tartaku usłyszałem, że mam być cicho i z tamtej pracy będę zwolniony. Pracę na znanej mi placówce rozpocząłem z obawą i czułem się obco mimo, że oprócz mnie pracowało tu dwóch Polaków. Byli to moi koledzy przedwojenni. Moje czynności polegały na tym, że rano wychodząc z urzędu zabierałem dwa woreczki z pocztą do Jezior Wielkich i Wójcina oraz mój do doręczenia we Wronowach. Tutaj pocztowcy z Jezior Wielkich i Wójcina odbierali swoje, a mnie przekazywali przesyłki do Strzelna. Mój rejon był bardzo rozległy. Pocztowcy z Jezior Wielkich i Wójcina byli Niemcami, mieli o połowę mniejszy rejon i jeszcze kazali Polakom obwozić się sankami po rejonie, a ja jechałem rowerem lub szedłem pieszo. Tak trwało całą zimę. Z początkiem wiosny uruchomiono ambulans pocztowy Inowrocław – Strzelno - Mogilno i wtedy nastąpiła dla mnie wielka ulga. Powoli przyzwyczaiłem się do nowych warunków, ale wciąż była obawa i niepewność jutra. Przeżyłem mocny wstrząs, gdy pewnego dnia wracałem z rejonu do miasta i zauważyłem, że miasto jak gdyby wymarło, musiało się coś ważnego stać. I oto dowiedziałem się, że znów były masowe aresztowania, a wszyscy byli mi znani i bliscy, a najbardziej przygnębiające, że byli wśród nich dwaj moi koledzy z poczty Szymon Linettej i Franciszek Piwek. Po kilku tygodniach zamęczony został w obozie Sz. Linettej (Szymon Linettej zginął w obozie koncentracyjnym Mauthausen Gusen. Urna z prochami znajduje się w zbiorowej mogile ofiar wojny 1939 - 1945 na cmentarzu w Strzelnie). Do Niemiec wywożono młodzież do przymusowej pracy na roli. Szkoły pozamykano, dzieci pozbawiono nauki. Wyjątkowo został w całej okolicy ks. Ignacy Czechowski, lecz miał surowy zakaz sprawowania kultu. Mimo to potajemnie przygotował liczną grupę dzieci do pierwszej komunii świętej, wśród których była moja córka Basia. Uroczystość odbyła się potajemnie w niedzielę 18 sierpnia 1940 r. Dzieci były ubrane jak zwykle na niedzielę, a cała uroczystość odbyła się w zachrystii i kaplicy do niej przylegającej. Przypominam sobie dokładnie jak będąc listonoszem obsługiwałem wieś Stodoły k/Strzelna i dowiedziałem się, że policja aresztowała ks. Edmunda Morkowskiego (Na ścianach kościoła parafialnego w Stodołach znajduje się tablica pamiątkowa ku czci ks. prob. Edmunda Morkowskiego zamęczonego w obozie koncentracyjnym w Dachau), wprost z kościoła, w którym samotnie odprawiał mszę św. Po paru tygodniach zbolałej i płaczącej siostrze przyniosłem list z tragiczną wiadomością, że brat zmarł w obozie. Również wprost z kościoła aresztowany został ks. Jan Januszewski z Wronów k/Strzelna. W Strzelnie i całej okolicy kościoły pozamykano, uprzednio urządzono łapanki po nabożeństwach, aby wiernych odstraszyć od uczestnictwa we mszy św. Pozostał tylko jeden czynny kościół w Inowrocławiu i to jedynie w niedzielę. Do otwartego kościoła Najświętszej Marii Panny w Inowrocławiu udało mi się dostać w niedzielę 29 sierpnia 1943 r. Chcąc wyjechać na kilka godzin ze stałego miejsca zamieszkania należało mieć zezwolenie z policji, które otrzymywano tylko w wyjątkowych sytuacjach. Jedyny raz to mi się udało. Moim celem było uczestniczyć w nabożeństwie, które odprawione zostało w zupełnej ciszy, bez śpiewu i kazania. Pisemne zezwolenie na wyjazd, ale tylko pieszo lub rowerem musiało być dobrze uzasadnione, bo gdybym podał, że wybieram się do kościoła to bym go nie dostał. Niemcy chcieli wyniszczyć Polaków przez pracę, rozbijanie rodzin, głodzenie, obniżanie przyrostu naturalnego, całkowitą likwidację życia kulturalnego i szkolnego. W gnębieniu ludności polskiej prześcigali się Niemcy mieszkający na naszych terenach już przed 1939 r. Coraz brutalniej obchodzono się z Polakami, doszło nawet do tego, że przechodząc obok umundurowanego Niemca, Polak mężczyzna musiał zejść z chodnika i zdjąć nakrycie głowy, a gdy tego nie uczynił to na miejscu był maltretowany lub odprowadzany na policję. Po moim wywłaszczeniu krótko mieszkałem u Paulusów a potem na ul. Inowrocławskiej 3. Na piętrze mieliśmy pokój z ciemną kuchenką. Latem żona z dziećmi chodziła do Żegotek zbierać kłosy i groch pozostały po żniwach. Jakaś dobra osoba pożyczyła nam dwa drewniane łóżka. Sam w wolne niedziele uczyłem dzieci czytania i pisania, aby na wypadek wywózki, czy rozłąki mogły list napisać. Minął już piąty rok wojny. Na zachodzie drugi front, wojska radziecki znalazły się już pod Warszawą. W samej Warszawie wybuchło powstanie. W Strzelnie i okolicy dużo polskiej ludności zmuszono do budowy okopów, wałów obronnych w okolicy Włocławka za Inowrocławiem. W listopadzie 1944 r. wielu Polaków zawezwano do kopania rowów obronnych tuż przy Strzelnie, a pracę wykonywano przeważnie w niedzielę. Chociaż była to ciężka robota, to mieliśmy wielką nadzieję, że wojna wnet się skończy. Żyliśmy w wielkim napięciu, tak Polacy jak i Niemcy zastanawiali się jaki będzie koniec wojny, czy nastąpią wywózki, czy masowa zagłada. W czwartek 18 stycznia 1945 r. roznosząc pocztę w Bronisławiu nic nie przeczuwałem i niby nic nie zauważyłem, ale zdziwiło mnie, że domostwa były pozamykane. W kolejnym gospodarstwie zastałem polską służącą i od niej dowiedziałem się, że Niemcy mieli w nocy pilne zebranie, teraz też obradują i lada godzina będą uciekać. Przyspieszyłem kroku, by jak najprędzej doręczyć przesyłki i wrócić przed wieczorem do domu. Kiedy wracałem szosą do Strzelna od strony Jeziorek widok był nie do opisania. Cała szosa została zawalona uciekinierami, przeważnie kobiety i dzieci ciepło ubrane, na wozach pościele. Niemcy uciekali. Woźnicami byli zaś Polacy, którzy pod przymusem musieli ich odwozić. Niejedni wrócili już po kilku tygodniach. Kiedy wszedłem do miasta zobaczyłem wielkie tłumy odpoczywających uciekinierów, a tablice na wozach wskazywały, że są z okolic Włocławka. Następnego dnia, kiedy poszedłem do pracy już nas w rejon nie posłano. W urzędzie i na ulicy panowała panika wśród Niemców, a my Polacy byliśmy w duchu uradowani, ale na zewnątrz nie okazywaliśmy tego, by w ostatniej chwili nie narazić się na zagładę. Niemcy masowo nadawali paczki z nadzieją, że jeszcze coś uratują, ale to było już niemożliwe. Na dworcu było pełno Niemców, pociąg się opóźniał, a gdy przyjechał drzwi ambulansu się otworzyły i o dziwo - polska obsługa, bo do tego czasu mogła być tylko niemiecka. Ambulanser swój ładunek wydał, ale naszego już nie odebrał bo taki miał rozkaz. Drzwi zamknął i pociąg odjechał do Mogilna. Wszystkie paczki przywieźliśmy znów z powrotem. W sobotę naczelnik jeszcze urzędował i kazał nam palić w piecu wszystkie dokumenty, formularze, pieczęcie. My Polacy byliśmy uradowani, a Niemcy zdenerwowani i ponurzy, złośliwi oświadczali, że ewakuacja jest tylko przejściowa, że za kilka dni wrócą. Naczelnik udawał bohatera mówiąc, że nie opuści swego stanowiska. W urzędzie pozostawało kilka paczek dla polskich adresatów, zdobyłem się na odwagę i poprosiłem o pozwolenie na ich doręczenie. Niechętnie odniósł się do mojej prośby, ale w końcu zgodził się i do zmroku dostarczyłem je w ten sposób we właściwe ręce. Tej samej nocy wszystkie paczki nadane przez Niemców, a zalegające magazyn zginęły. Podziwiałem odwagę sprawców, bo sytuacja nie była jeszcze pewna. Poczta miała też samochód bagażowy i nim ostatni pocztowcy niemieccy chcieli odjechać, ale nie można było go uruchomić, w końcu ruszył, ale niedaleko, gdyż po kilku dniach widziałem ten samochód w rowie niedaleko miasta. Z poczty wróciłem bardzo późno, żona myślała, że mnie aresztowano, ale ucieszyliśmy się, że znów cała rodzina jest w komplecie. Tej nocy nie kładliśmy się prawie spać, tylko czuwaliśmy. Coraz bliżej słychać było strzały artyleryjskie. W niedzielę 21 stycznia 1945 r. czekaliśmy na przełomowe chwile. Na mieście panowała grobowa cisza. Kilku pozostałych Niemców podpaliło kościół św. Prokopa, w którym znajdowały się licznie zgromadzone dokumenty. Po południu znów wyszedłem na miasto i w pewnym momencie natknąłem się na mały oddział wojska, a dalej drugi trochę większy. Szli ostatkiem sił, zmordowani z opuszczonymi głowami. Starałem się szybko zniknąć im z oczu, bo było to dla mnie bardzo niebezpieczne. Widziałem jeszcze jak obok sądu, dzisiejszego przedszkola, ustawili karabiny w kozły i odpoczywali. Daleko nie uszli, bo tego samego dnia wkroczyły do miasta wojska radzieckie. Mieszkałem nadal przy ul. Inowrocławskiej 3. Wyszedłem na Rynek, gdzie wjeżdżały czołgi, samochody ciężarowe, paru żołnierzy wysiadło z samochodu, a ja krzyknąłem hura hura, aby powitać oswobodzicieli. Zaraz potem kolbami żołnierze rozbili okna wystawowe, coraz więcej ludzi zbiegło się i zaczęto grabić co się dało. Nie mogłem patrzeć na takie sceny i natychmiast powróciłem do domu. Inaczej wyobrażałem sobie moment wyswobodzenia - kulturalnie, po bratersku, ale niestety było inaczej. Mój sąsiad miał takie zdarzenie: zaraz po wkroczeniu wojska jeden z żołnierzy spytał go o godzinę, a sąsiad odpowiedział, że może dać taką przysługę, wyjął zegarek wtedy żołnierz kazał sobie go podać, że on sam „posmotri" i już oczywiście zegarka nie zwrócił. Podobne zajścia z zegarkami zdarzały się często. Ludzie doszli wnet do przekonania, że zegarki trzeba pochować w domu i nie pokazywać. Podobnie było potem z rowerami. Tej nocy pełno było żołnierzy, gdyż od kilku dni sklepy były nieczynne i brakowało żywności. W poniedziałek rano znów wyszedłem do miasta i zobaczyłem pełno wojska, ulice zatłoczone były czołgami, taborem, a na tle tej scenerii wynoszono meble, dokonywano rabunków. Wywłaszczeni wracali na swoje. Wielu ukrywało się i dopiero teraz powychodzili. Następnego dnia też udałem się do mego domku przy ul. Stodolnej, róg Jakuba. Mieszkanie było opróżnione, zastałem zaś staruszka Niemca, przestraszonego, który się nie ewakuował, albo zapomniano o nim. Powiedziałem, że ma się nie bać tylko szkoda, że nie wyjechał z innymi. Ten Niemiec przyjechał tu z Hamburga szukając schronienia przed bombardowaniem. Gdy drugi raz przyszedłem już go nie było. Część swoich mebli odzyskałem tzn. krzesła, stół dębowy, kanapę i leżankę. Wszystko inne zaś przepadło. Odnalezione sprzęty znoszono na plecach, bo innego transportu nie było. Gdy następnego dnia chciałem wprowadzić się do swego domu, znów nie mogłem tego uczynić, gdyż w nocy weszli tu na kwaterę żołnierze. Jeden z nich rąbał mięso na krześle pokojowym, wybitym pluszem. Kiedy podsunąłem mu zwykłe kuchenne i pokazałem, że to będzie lepsze, on machnął ręką i powiedział, że to na którym teraz rąbie jest „hara-szo". Zostawiłem ich i dopiero po kilku dniach, kiedy się wynieśli mogłem w końcu wprowadzić się do swego domu. Żona całą wojnę i później wyrabiała na drutach swetry, pulowery, szyła, haftowała i w ten sposób pomagała w utrzymaniu domu. Następnego dnia po wyzwoleniu zwołano mieszkańców miasta przed gmach Zarządu Miejskiego, gdzie przedstawił się wysłannik rządu z zadaniem utworzenia władz terenowych. Od razu dał do zrozumienia, że do władz dopuszcza się tylko partie lewicowe, a wszystkie inne stronnictwa, czy związki polityczne przedwojenne są zakazane. Słuchając dalszego przemówienia doszedłem do wniosku, że został nam narzucony wbrew naszej tradycji jakiś nowy rząd. Utworzył się komitet i organ MO. Poczta była zdewastowana, centrala telefoniczna uszkodzona, ale już wkrótce uzyskano połączenie z Mogilnem i Kruszwicą. Sklepy i magazyny stały porozbijane i opuszczone. Każdy starał się zdobyć coś do życia i pomoc znajdował na wsi. Nam również babcia, a moja teściowa wiele pomogła. Drugiego lutego 1945 r. w święto Matki Boskiej Gromnicznej w kościele odprawione zostało nabożeństwo dziękczynne za wyzwolenie. Była to wzruszająca po tak długim czasie chwila - móc stanąć w kościele i być wolnym. Przyszła rzesza wiernych, ale niektórzy bali się, gdyż sądzono że kościół jest podminowany. Wojna popsuła ludzi. Codzienne zabawy, nawet w Wielkim Tygodniu, upijanie się. Zaczęto przemocą wciągać do partii, zwłaszcza urzędników, a kto by okazał niechęć, zostawał zwolniony i zarzucano mu wrogość do Polski Ludowej. Na jednym zebraniu atakowano Kościół, że jest wrogiem ludu, a rolników określano kułakami. I tak oto z jednej okupacji weszliśmy w drugą - zwaną z czasem czwartym rozbiorem lub zniewalaniem narodu. Zniesiono święto 3 maja, 15 sierpnia, a przede wszystkim 11 listopada - Święto Niepodległości, które przed wojną było bardzo uroczyście obchodzone. Ale to już kolejny okres i niech następni go opiszą, gdyż dla mnie jest to tak niezrozumiałe i bolesne, że można przykładać rękę do niszczenia tego o co walczyło wiele pokoleń Polaków, a także i ja, któremu dane było uczestniczyć w zbrojnym Powstaniu Wielkopolskim i przeżywać Zmartwychwstanie Polski.

Nikodem Trojanowski

 

^ w górę ^

Informacje o autorze pamiętnika

 

 

08.11.1898 Narodziny Nikodema Trojanowskiego w Lipiej Górze, powiat Chodzież

04.1905    Rozpoczęcie nauki w szkole ludowej w Sokolcu

1906 - 1907 Udział w strajku szkolnym dzieci w obronie polskiej mowy

1917 Przymusowe wcielenie do wojska niemieckiego, udział w bitwie pod Verdun, ranny w boju traci lewe oko

12.11.919 Przystąpienie do walczących oddziałów w Powstaniu Wielkopolskim

1919 - 1920 Uczestnictwo w wojnie z Rosją

1920 - 1924 Praca w Urzędzie Pocztowym w Sokolcu i Szamocinie

01.10.1924 Skierowanie do pracy na poczcie w Strzelnie

1926 Zawarcie związku małżeńskiego z Martą Wesołowską w kościele parafialnym w Ostrowie

1930,1933 Narodziny w Strzelnie kolejnych dzieci: Barbary, Jana a w 1936 Marii

11.1939 Jako pocztowiec w jednostce łączności walczy w kampanii wrześniowej

11.1939 Powrót do Strzelna i wywłaszczenie z domu przez Niemców

1940 - 1945 Przymusowa praca na poczcie w Strzelnie w warunkach okupacji

1985 - 1996 Lata pobytu u syna ks. Jana Trojanowskiego na plebanii we Wronowach

+28.05.1996 Umiera we Wronowach w wieku 98 lat. Pochowany na „starym" cmentarzu przy ul. Kolejowej w Strzelnie w dniu 31 maja

 

Z wdzięczności i szacunku

 

Opatrzność Boża pozwoliła mi żyć i wzrastać pod czułą opieką rodziców, którzy od początku mieli ze mną duże zmartwienie, gdyż w pierwszych latach życia dużo chorowałem. Zbolała matka szukała opieki w modlitwie, a ojciec rowerem udał się na pielgrzymkę do Częstochowy w 1934 r. Czcigodni Rodzice dziękuję Wam za życie i za wiarę. Całuję Twoje ręce Matko zdarte i obolałe od prania na tarce. Dziękuję za nauczanie pacierza i za tę litanię o Męce Pańskiej w dni postu, gdy mogłem klęczeć przy Tobie. Dziękuję Ci Ojcze za to, że nauczyłeś mnie czytać i pisać. Dziękuję za nauczenie Gorzkich Żali w niedzielne popołudnia czasu okupacji. Całuję Ojcze Twe popękane dłonie, które do końca paliły w piecu, czy to grabiły liście lub odgarniały śnieg przy kościele. Dziękuję Ci Ojcze za te pamiętniki „Moje wspomnienia", bo dzięki Twoim opowiadaniom mogłem poznać korzenie przodków - bo to Polska właśnie. Jakże cieszyłeś się, gdy „Solidarność" wywalczyła suwerenność nam i sąsiednim krajom. Skromnie uśmiechałeś się, gdy przywrócono święto 3 maja, 15 sierpnia i 11 listopada, a orzełkowi koronę, tylko szkoda że bez krzyżyka, bo tylko pod znakiem krzyża Polska jest Polską, a Polak Polakiem. Martwiło Cię jednak, że wielu nie rozumiało istoty dokonujących się w Polsce przemian. Ale „Jeszcze Polska nie umarła...". W tym roku tj. 1997, przypada właśnie dwusetna rocznica napisania tych słów. Na koniec przytoczę fragmenty dwóch utworów poetyckich, które stale nurtują moje serce:

„Maryjo Pani Aniołów - u Ciebie

U Twej Korony prosim zmartwychwstanie..."

C.K. Norwid

„Daj nam uprzątnąć dom ojczysty

Tak z naszych zgliszcz i ruin świętych

Jak z grzechów naszych win przeklętych

Niech będzie biedny ale czysty i święty

Nasz dom z cmentarza podźwignięty."

Ks. Jan Trojanowski (syn Nikodema)

^ w górę ^